Strona Główna
Wschód w Berlinie? Neukölln Drukuj
Mateusz Chudziak   
czwartek, 24/11/2011

Czy mały wschód w stolicy dużego europejskiego kraju może być normalnym elementem krajobrazu w wielkim mieście Europy XXI wieku? Wschód? Czy zachód? A może operowanie tego typu kategoriami jest wytworem europejskich wyobrażeń o wschodzie i zachodzie? Rzeczywistość zastana przez nas w jednej z imigranckich dzielnic Berlina już od samego początku pokazuje, że zamieszkałe tam społeczności nie dają się w tak łatwy sposób opisać i wśród nich samych zachodzą bardzo istotne zmiany związane z bytowaniem w odmiennym kulturowo środowisku.

 

Czuję się tutaj jak w obcym kraju- mówi polsko-niemiecka studentka, od drugiego roku życia mieszkająca w Berlinie. Rzeczywiście – Neukölln, czyli Nowa Kolonia, jest miejscem, gdzie ze świecą szukać można rodowitych Niemców, a jeśli już uda się ich tam odnaleźć, to będą to ludzie, którym nie udało się stąd wyrwać po zburzeniu Muru, poszukać sobie dobrze płatnego zajęcia i wyprowadzić się w lepsze miejsce. Słowem, jeżeli spotkać tutaj Niemca, to na ogół będzie to przedstawiciel postenerdowskiego podproletariatu. Również język niemiecki, jakim posługują się mieszkańcy, jest daleki od literackiego Hochdeutsch, a dla mnie – przybysza komunikującego się po angielsku i po turecku – zrozumiały.


Dzielnica jest zamieszkana głównie przez imigrantów z Bliskiego Wschodu, wśród których najliczniejszą społecznością są oczywiście Turcy, dalej Kurdowie i Arabowie. Czasem napotkać można chłopaka idącego pewnym krokiem ulicą z otwartą butelką Heinekena w ręku i rozmawiającego przez telefon po polsku. Innym razem, wstąpić do knajpy Warschau lub do warzywniaka z rosyjskojęzycznym banerem nad wejściem. Z daleka rzuca się w oczy napis Stolicznyj. Zgadza się, jesteśmy w stolicy wielkiego zachodnioeuropejskiego państwa, do której ciągną od kilku dekad gastarbeiterzy z zapadłych wiosek Anatolii, tureckiego wybrzeża Morza Czarnego, wysp Indonezji, miast Iraku, Egiptu i Tunezji, wreszcie z Rosji, Jugosławii i innych byłych demoludów. Anatolijskie wioski nadal istnieją w domach mieszkańców starej dzielnicy Berlina, choć w samej Anatolii, w ciągu kilkudziesięciu lat zmieniły się nie do poznania. W berlińskich wioskach imigranckich domów pozostała jednak mentalność przybysza. Człowieka obcego w nowym środowisku, ale obcego również w Turcji. Młodzi mówią kulawym niemieckim, ale i tak jego poziom jest wyższy niż poziom języka, którym posługują się w domu. Oba funkcjonują jedynie w sferze bytowej. Imigrancka biedota może jedynie pomarzyć o uzyskaniu wykształcenia porównywalnego z wykształceniem autochtonów. Chodzi do szkół, gdzie większość, lub przynajmniej pokaźną część, stanowią dzieci gastarbeiterów. Wymaga się od niej, by się integrowała, ale funkcjonowanie w kulturowo na poły autonomicznym środowisku nie wydaje się być najlepszą drogą do asymilacji. Właściwie, to trudno stwierdzić czy, a jeśli tak, to do jakiego stopnia, asymilacja jest w ogóle możliwa. Wielokulturowość w formie, którą dotychczas proponowano wydaje się być sloganem, ideą, która nigdy nie mogła zadziałać, o czym dopiero teraz odkrywczym tonem mówią europejscy przywódcy, wywołując lawinę komentarzy z prawa i z lewa. Młodzi Turcy, Arabowie, czy Kurdowie tutaj zawsze są innymi. W kraju pochodzenia uchodzą za wykorzenionych i choć udają się do niego od czasu do czasu, to zawsze wracają, bo ich dom jest tutaj, w wioloetnicznym tyglu imigranckiej dzielnicy Berlina.


Każda wspólnota ma swój meczet. Etniczną przynależność można poznać po strojach. W meczecie tureckim wierni ubrani są w koszule i marynarki, młodsi przychodzą w dżinsach, lub dresach. W salafickim, arabskim meczecie dominuje tradycyjny ubiór, czyli długie, zwiewne i jasne sukmany oraz charakterystyczne nakrycia głowy. Wszyscy zapuszczają długie brody i noszą się dumnie, patrząc na innych z charakterystyczną wyniosłością. Ci sami brodacze w długich szatach skaczą po rusztowaniach okalających berlińskie kamienice. Fakt, że jest niedzielne przedpołudnie zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Niemcy kończą pracę w piątek po południu, a jej kontynuowanie w weekend jest dla nich nie do pomyślenia. Tutaj jednak, życie toczy się zupełnie innym rytmem. Dla pobożnego muzułmanina piątek jest dniem wspólnej modlitwy w meczecie, ale nie zawsze wolnym od pracy, nawet w kraju pochodzenia. Jeśli tak, to w niedzielę tym bardziej można pracować, a niemieckie prawo nie ma tutaj nic do rzeczy. Z resztą, jeśliby przyjrzeć się życiu tej okolicy Berlina, to można odnieść wrażenie, że władze nie specjalnie zaprzątają sobie nią głowę. No chyba, że w dzielnicy zwanej muzułmańską, gdzie tylko niektórzy żyją po muzułmańsku, mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością, handlem narkotykami itd. Wtedy zabawa kończy się policyjnym nalotem o szóstej rano.

-Was paßiert? (co się dzieje?) – pyta wówczas po niemiecku jeden z gapiów.
- Bilmiyorum (nie wiem) – pada po turecku odpowiedź.


Przed przybyciem zdawało mi się, że najlepiej znam i rozumiem Turków. Znam, bo mieszkałem w ich kraju. Rozumiem, bo byłem i nadal jestem zafascynowany jego kulturą, ale przede wszystkim uczę się ich języka. Tutejsi Turcy to jednak zupełnie inna społeczność. Wydają się być znacznie bardziej skryci, nieufni i zamknięci. Starsi czasem zareagują z entuzjazmem na próby podjęcia rozmowy w ich ojczystej mowie. Tak jak pan Turgut, który żyje w Berlinie od trzydziestu lat, dokąd przyjechał z jednego z nadczarnomorskich miasteczek. Jest drobnym handlarzem i sprzedaje upominki na jednym ze stoisk wzdłuż głównej arterii Neukölln – Karl Marx Straße. Jest wyraźnie podekscytowany tym, że obcokrajowiec mówi w jego ojczystym języku, co staje się powodem do zwierzeń. Narzeka, że mimo upływu tylu lat wciąż nie może się przyzwyczaić do życia w zabieganym wielkim Berlinie, gdzie mieszkając w jednej kamienicy z kilkudziesięcioma osobami nie zna swoich sąsiadów. Rozpoznaje poszczególne twarze, ale nie wie, jak kto ma na imię. To z kolei, dla człowieka wyrosłego w kulturze traktującej europejski indywidualizm jako przejaw egoizmu i w pewnym sensie – również materializmu, jest trudne do pojęcia. Trudno – mówi pan Turgut- jakoś trzeba sobie z tym radzić.


Innym razem, rozmowa z tureckojęzycznym gościem, staje się okazją do ubicia interesu. Dwóch mężczyzn około trzydziestki, pracujących w restauracji próbuje sprzedać mi samochód. Na odchodne mówię, że na pewno się zastanowię, oni odpowiadają, że czekają na odpowiedź jak najszybciej, najlepiej do jutra.


Czasami jednak, przy próbie podjęcia rozmowy, na twarzach widać pewne zdziwienie, zakłopotanie, lub podejrzliwość. Jesteś wysoki, masz blond włosy, wyglądasz na typowego Niemca. Uczysz się języka imigrantów, w którym ci imigranci mogliby cię obgadywać. Dziwny jesteś.


Młodzi różnią się od swoich rówieśników. Zarówno tych z kraju pochodzenia, jak i niemieckich. Dla pierwszych są rodakami, ale takimi, z którymi coraz mniej ich łączy. Inaczej się zachowują, inaczej myślą, słabiej znają ojczysty język, a świat wokół nich jest zupełnie inny. Starzy narzekają, że córkę można jeszcze wychować, ale z chłopakiem, to już jest problem. Dla niemieckich rówieśników młody Turek to przybysz, obcy. Teoretycznie może stać się Niemcem, ale jego smagła twarz zawsze będzie zdradzała jego pochodzenie. Zresztą, młodym Turkom niespecjalnie zależy na tym, żeby stać się Niemcami. Choć trudno im sobie wyobrazić życie w Turcji, to tutaj zawsze manifestują swoją odmienność. Bo muzułmanie (choć prowadzą się nie do końca po muzułmańsku), bo nie-Europejczycy, bo ich kobiety prowadzą się lepiej (choć w niczym nie przeszkadza to w wykrzykiwaniu z samochodu zalotnych haseł za blondynką w mini spódniczce).


Inna sprawa to niemieccy Kurdowie. Czasem można rozpoznać Kurda po fizjonomii. Problem jednak w tym, że nie zawsze się to udaje. Pal sześć, kiedy zwrócisz się po turecku do - powiedzmy – Tunezyjczyka. Ten grzecznie odpowie, że nie rozumie i będzie próbował się dogadać w innym języku. Z Kurdem może być nieco mniej przyjemnie. Nie musi dochodzić jednak do rękoczynów, ale reakcja i tak może być mało przyjazna. Kurd z dumą zamanifestuje swoją przynależność etniczną. Po turecku rozmawiać nie chce, przejdzie na niemiecki, lub angielski, w którym zna kilkanaście słów. Jego ojczyzną jest Kurdystan. Przy Kurdystanie też warto byłoby się zatrzymać. Kiedyś, jeszcze podczas studiów w Turcji odbyłem sympatyczną rozmowę w profesorem doskonale mówiącym po angielsku. Wspomniałem o swoim znajomym z Kirgistanu, lecz nazwę tego środkowoazjatyckiego kraju musiałem wyartykułować niezbyt wyraźnie. Profesor – kemalista, wyraźnie przeczulony na punkcie integralności terytorialnej Republiki Tureckiej usłyszał, że mówię o Kurdystanie. Natychmiast wybuchł:


- Gdzie jest Kurdystan!?


Szybko musiałem zaznaczyć, że chodziło mi o zupełnie inny kraj i nie mam zamiaru dokonywać zamachu na terytorialną jedność jego kraju, czy też stawać po którejkolwiek ze stron konfliktu. Przynajmniej nie tym razem.


Kurd na emigracji jednak, niczym nie skrępowany, będzie podkreślać, że jest Kurdem (z tym akurat w Turcji też można się spotkać) i pochodzi z Kurdystanu (to już jest bardziej problematycznie, o czym niech świadczy przytoczona wyżej anegdota).  Stąd szok młodych tureckich studentów, widzących w herbaciarniach lub restauracjach Berlina, Brukseli, czy Paryża, portrety Abdullaha Öcalana, zamiast portretów Mustafy Kemala Atatürka. Dla młodego człowieka, który zawsze chodził do tureckiej szkoły jest to rzecz granicząca z bluźnierstwem. Młody Turek z Neukölln może jednak na to wcale nie zareagować. Wszystko zależy tutaj od wychowania i tego, czy w domu przekazano mu miłość i szacunek do Ojca Turków. Dla Kurdów natomiast, emigracja daje pewną wolność. Tutaj bez najmniejszego skrępowania mogą manifestować swoje poparcie dla Partii Pracujących Kurdystanu i jej lidera, w oczach nacjonalistycznie zorientowanych Turków uchodząc za dwulicowych. Również język kurdyjski usłyszeć można znacznie częściej na ulicach berlińskiego imigranckiego getta, niż w samej Turcji. Tam jego używanie jest w znacznym stopniu ograniczone. Do niedawna przez prawo, a w dalszym ciągu przez uprzedzenia tureckiego społeczeństwa. W Berlinie jednak, kurdyjski i turecki mają ten sam status. Są językami biednych imigrantów, tak samo jak arabski, indonezyjska wersja malajszczyzny, polski i inne.


Dzielnica bezpośrednio sąsiadująca ze starym Berlinem Wschodnim żyje własnym życiem i zdaje się być czymś więcej niż muzułmańską enklawą w wielkim europejskim mieście. Najlepiej widać to na sąsiadującym z nią nieczynnym lotnisku Tempelhoff. Przekształcone jest ono w park, gdzie rodziny przychodzą w niedzielne popołudnie. Młodzi Niemcy jadą wzdłuż dawnego pasa startowego na elektrycznych hulajnogach, dzieci puszczają latawce, a w całym tym krajobrazie największą uwagę przykuwa kilkunastoosobowa muzułmańska rodzina, wokół dymiącego jak komin grilla, z bawiącymi się dziećmi i zawoalowanymi od stóp do głów kobietami. To również ich miejsce.

 

Poznań, 28.08.2011.r

 

Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:B):evil::silly::dry::lol::kiss::D:pinch::(:shock::X:side::):P:unsure::woohoo:
:huh::whistle:;):s:!::?::idea::arrow:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

 

Komentowane

CC logo pp logo
© 2004 - 2012 Arabia.pl MSZ - Departament Współpracy Rozwojowej