|
W związku z tym, iż w te wakacje miałem przyjemność odbyć miesięczny kurs standardowego języka arabskiego w Tunisie w Instytucie Języków Nowożytnych Habiba Burghiby na Uniwersytecie Al-Manar, chciałbym napisać kilka słów nie tylko na temat samego kursu, ale również podzielić się swoimi doświadczeniami i refleksjami z wprawdzie krótkiego, ale udanego pobytu w tym dobrze znanym z turystyki kraju, już po rewolucji.
O organizowanym corocznie przez Instytut Burghiby kursie dowiedziałem się pod koniec świąt wielkanocnych, przeglądając jedną ze stron internetowych z ofertami stypendialnymi. Nie zastanawiając sie długo, złożyłem wszystkie wymagane papiery i czekałem w nadziei na pozytywną odpowiedź zakwalifikowania mnie na kurs. Na szczęście, zostałem przyjęty. W ramach stypendium miałem opłacone koszty kursu i zakwaterowania. Taki przywilej otrzymały jeszcze trzy inne osoby (jedna studentka Uniwersytetu Jagiellońskeigo i dwie Warszawskiego). Byłem więc i ja, reprezentując poznański Uniwersytet Adama Mickiewicza. Do Tunisu przyleciałem 3 lipca w godzinach porannych. Po kontroli paszportowej, odebraniu bagażu i wymianie pieniędzy na tunezyjskie dinary, zacząłem rozglądać się za taksówką, aby dotrzeć do miejsca zakwaterowania, czyli do akademika Fatouma Burghiba. Oczywiście znalezienie taksówkarza, jeszcze w budynku terminala, nie było trudne, gdyż pełno jest taksówkarzy-naganiaczy, gorliwie poszukujących potencjalnych klientów pośród pasażerów, którzy dopiero co przylecieli. Kierowcy ci, jak zauważyłem, sami między sobą walczą o klienta. Nawet gdy już wsiadałem do taksówki z napotkanym chwilę wcześniej kierowcą, natychmiast podbiegł drugi i prawie zaczął szarpać za drzwi samochodu, które chciałem zamknąć przed odjazdem, mając nadzieję, że może jednak się rozmyślę i pojadę z nim. Doszło do ostrej wymiany epitetów między rywalizującymi ze sobą kierowcami, po czym ruszyliśmy pod wskazany przeze mnie adres. Na szczęście, ten taksówkarz akurat wiedział gdzie to jest i nie było problemu z dotarciem, gdyż – jak później odkryłem - taksówkarze nagminnie nie znają zbyt dobrze miasta i często zdarza się, że trzeba im mówić, jak mają do danego miejsca dotrzeć. Niestety, dałem się na dzień dobry oszukać i zapłaciłem dobre 10 DT za dużo.
Następnego dnia o 8.00 rozpoczął się pierwszy dzień kursu. Każdego czekał egzamin kwalifikujący na określony poziom (1-6). Jeśli dla kogoś przydzielony poziom okazał się zbyt prosty lub za trudny, mógł go do końca pierwszego tygodnia go zmienić. Zajęcia trwały codziennie od poniedziałku do piątku od godz. 8.00 do 13.10 z pięcioma przerwami, w tym jedną dłuższą. Piąty poziom, na którym ja się uczyłem, prowadziło na zmianę dwóch lektorów. Mimo iż poziom nauczania był przynajmniej dla mnie - wysoki i trudny - to tematy zajęć były dosyć monotonne. Dużo lekcji zostało poświęconych tematowi dialogu międzyreligijnego, gramatyce strukturalnej (co dla mnie okazało się najcięższe) oraz Andaluzji. Przerabialiśmy także jeden ze znanych wierszy Nizara Qabbaniego Gharnata (Grenada).
Życie codzienne w stolicy Mój pobyt w Tunezji nie był wprawdzie długi (miesiąc z kawałkiem), jednak jeśli jedzie się samodzielnie, a nie na wycieczki do pięciogwiazdkowego hotelu z biurem podróży do Sousse czy Hammametu, to da się sporo rzeczy zauważyć. Mieszkając w Tunisie bardziej czułem się jakbym był w Europie i tylko niewielkim stopniu miałem poczucie przebywania w kraju arabskim. Wynika to z tego, że wpływy Zachodu w Tunezji od lat są silniejsze niż w większości krajów muzułmańskich. Z jednej strony cieszy mnie fakt, że że nastąpił postęp, jednak z drugiej - brakowało mi trochę tego specyficznego dla tych państw klimatu, który daje się bardziej odczuć nawet w egipskiej Aleksandrii, gdzie byłem 2 lata temu. Pomału nowoczesność wypiera tradycje, o czym świadczy fakt, że stosunkowo rzadko spotyka się mężczyzn w galabijach, a już tym bardziej kobiety ubrane w czador. Na moje oko, dobre 65% kobiet nie nakrywa głowy chustą.
Tunezyjczycy, podobnie jak mieszkający sąsiadujących od Zachodu państw Maghrebu, są praktycznie dwujęzyczni. Oprócz języka arabskiego praktycznie każdy mówi dobrze po francusku. Często zdarzało się na ulicy czy w sklepach, że pytając o coś po arabsku, otrzymywałem odpowiedź po francusku, co dla mnie jako osoby nie znającej tego języka było irytujące. Kolejnym utrudnieniem w porozumiewaniu się z miejscowymi jest lokalny dialekt arabskiego, daleko odbiegający od Al-'arabija fusha, który trudno zrozumieć nawet Egipcjaninowi czy Syryjczykowi, a co dopiero cudzoziemcowi z Europy.
Warto również wspomnieć o muzułmańskim miesiącu postu - Ramadanie, króry rozpoczął się pod koniec mojego pobytu. Nie będzie chyba nowością informacja, że w tym czasie od wschodu do zachodu słońca nie należy, przynajmniej w miejscach publicznych, pić ani jeść, żeby nie wzbudzać zgorszenia. Są jednak kawiarnie, które są dyskretnie otwarte, gdzie wszyscy ci, którzy nie poszczą, mogą ze spokojem pić i spożywać posiłki. Zaraz po zachodzie słońca wszystkie kawiarnie i restauracje są już zapełnione i często trudno znaleźć wolne miejsce. Nieraz już pół godziny lub godzinę przed zakończeniem dziennego postu, ludzie siedzą przy stołach wyczekując momentu, w którym będzie można zacząć jeść. Któregoś wieczoru sam czekałem na ten moment. Kelner widząc obcą twarz zapytał mnie czy poszczę. Gdy usłyszał odpowiedź przeczącą, zapytał co chcę zamówić. Rozpocząłem więc jedzenie jeszcze przed wyznaczoną godziną, jednak głupio mi było patrząc na ludzi siedzących lub przechodzących obok (siedziałem w ogródku). W związku z niedawnymi zamieszkami w tym kraju jak i w całym – poza Zatoką Perską - świecie arabskim, Tunezyjczycy z przejęciem mówią o tym, co wydarzyło się przed kilkoma miesiącami i chętnie podejmują temat rewolucji. Dzięki temu na popularności zyskała tunezyjska artystka Amel Mathlouthi, na której koncercie miałem okazję być w Muzeum Narodowym w Tunisie. Jej repertuar to w dużej części piosenki patriotyczne krytykujące dotychczasową sytuację polityczną. Należy pamiętać też o tym, że w okresie wakacyjnym i Ramadanu inaczej otwarte są urzędy pocztowe i banki. Czynne są bowiem góra do godz. 13.00. Jeśli więc mamy tam coś do załatwienia, lepiej zaplanować to na rano. Po Tunisie bez problemu można jeździć taksówkami, które są tanie. Powinno się poprosić kierowcę o włączenie taksometru. Cena powinna zaczynać się od 400 milimów. Tanie są również tramwaje i miejskie autobusy. Co się tyczy tych ostatnich, to potrzeba trochę czasu aby się rozeznać, która linia w jakim jedzie kierunku i zdobyć rozkład jazdy, który często jest tylko teorią.
Ceny podstawowych produktów są zbliżone do polskich cen. Zajęcia fakultatywne Poza podstawowym kursem językowym Instytut Burghiby ma także bogatą ofertę zajęć fakutatywnych (m. in. muzyczne, kulinarne, taneczne, teatralne, dialekt tunezyjski), które odbywają się na terenie akademików. Sam uczestniczyłem w zajęciach muzycznych i po skończeniu kursu, podczas imprezy pożegnalnej, miałem okazję wystąpić w Centrum Kulturalno-Sportowym w Tunisie, śpiewając kilka tradycyjnych arabskich piosenek, co było dla mnie ciekawą przygodą. Miałem także możliwość wypowiadać się w Radiu Monastir o swoim kolejnym już pobycie w tym kraju. Podczas tego pobytu nie udało mi się, niestety, dużo zwiedzić. Ale jest to dobra okazja do zawarcia nowych, ciekawych znajomości nie tylko z miejscowymi, ale z ludźmi z całego świata. Dla zainteresowanych polecam odwiedzić stronę Instytutu Burghiby: http://www.iblv.rnu.tn/ .
|
Milion Tatarów
W mojej rodzinie co jakiś czas rodzi ...
Podróż do Iranu czyl...
mieszkam w thr - witam mieszkam w ...
Seks w islamie
link:http://www.officialheatjerseysh...
Katar
Al-Gulf, czy mógłbyś proszę podać kon...
Irak
Do Anonimowy - Anonimowy:-) Probuje d...