|
Po drodze mijamy ubogie domki- niektóre z nich wyglądają tak, jakby zaraz miały zapaść się pod ziemię. Jest dopiero wczesne popołudnie, ale wioska sprawia wrażenie wyludnionej i tylko przy supermarkecie zgromadziła się niewielka grupka mężczyzn.
Wreszcie wychodzimy na piaszczystą drogę prowadzącą na wzgórze. Przed nami rozciągają się połacie wypłowiałej w słońcu trawy, z której gdzieniegdzie wyrastają rachityczne drzewka. Wąską dróżką wspinamy się na wzgórze, a im bliżej szczytu jesteśmy, tym donośniejsze staje się uporczywe brzęczenie pszczół. Wreszcie naszym oczom ukazują się rzędy kolorowych uli oraz rozstawiony w ich pobliżu biały namiot, będący miejscem pracy i schronieniem pszczelarza. Taki widok jest bardzo częsty w tej okolicy, która słynie z produkcji wyśmienitego miodu. Po krótkiej wizycie u pszczelarza schodzimy na dół do wioski i z budki telefonicznej dzwonimy po pana Alego. Pół godziny później jesteśmy w drodze powrotnej do Fereydunshahr. Pan Ali pokazuje nam widoczne z daleka wyciągi narciarskie oraz miejsce, w którym projektowano powstanie nowego parku. Niestety, z planów na razie nic nie wyszło: podobno sadzonki drzew zostały, brzydko mówiąc, zżarte przez zające.
Wstępujemy na chwilę do hotelu, aby w pokoju doprowadzić się do porządku po spacerach zakurzonymi uliczkami Czoq-Jurt i wspinaczce na wzgórze, a następnie udajemy się do domu pana Alego na proszoną kolację.
Na wstępie oczywiście zostajemy poczęstowani herbatą i ciasteczkami. W rogu salonu gra nowy telewizor, w którym właśnie leci południowokoreański serial, podobno bardzo popularny w Fereydunshahr. Serial jest dubbingowany i dosyć zabawnie ogląda się mówiące po persku postaci w tradycyjnych, koreańskich strojach. Państwo Sålehi dzięki antenie satelitarnej mogą odbierać kilkaset kanałów, w tym nadawany z Gruzji Adżara TV (na marginesie dodam, że Adżaria jest gruzińskim regionem zamieszkanym przez muzułmanów, którzy jednak w przeciwieństwie do mieszkańców Fereydunshahr są sunnitami).
Wreszcie nadchodzi pora posiłku i pani domu rozścieła na dywanie przezroczystą ceratę w kolorowe kwiatki. Gospodyni pomagają mąż i dwunastoletni syn Husajn, którzy rozkładają sztućce, kładą wielkie płachty płaskiego chleba oraz stawiają na ceracie coraz to nowe dania. Następnie zasiadamy na poduszkach rozłożonych wokół ceraty i zabieramy się do jedzenia. Do wyboru mamy dizi, czyli rosół z baraniny, do którego wrzuca się kawałki chleba, måst- jogurt z ziołami, dugh (w Azerbejdżanie znany jako ajran)- również jogurt z ziołami, ale nie tak gęsty jak måst oraz górę ryżu z dodatkiem do niego, czyli ostrą, marynowaną potrawą inspirowaną kuchnią indyjską. Kolacja przebiega w luźnej atmosferze, głównie dzięki naszemu gospodarzowi, który jest bardzo dowcipnym i otwartym człowiekiem. Po posiłku przychodzi czas na herbatę. Pijemy ją z kostkami cukru, które zgodnie z miejscowym zwyczajem wkładamy do ust i tam pozwalamy im się rozpuścić. Pani domu pokazuje swoje kwieciste czadory i zachęca do ich przymierzenia.
Po dwóch godzinach nadchodzi pora powrotu do hotelu. Opuszczamy dom państwa Sålehi najedzeni i w dobrych nastrojach. Z okien taksówki pana Alego możemy obserwować nocne Fereydunshahr, które pomimo późnej pory jeszcze zupełnie nie zamarło: niektóre sklepy spożywcze wciąż są czynne, a gdzieniegdzie ciemności rozpraszają kolorowe światełka, które przywodzą na myśl nasze bożonarodzeniowe lampki. Te światełka w Fereydunshahr to w ogóle ciekawa sprawa: są one przymocowane do specjalnych, przybierających różne kształty metalowych stelaży, które następnie wystawiane są w różnych punktach miasteczka. I tak na przykład pośrodku ronda w Fereydunsahr stoi coś, co za dnia przypomina ogołoconą metalową choinkę, nocą natomiast rozbłyskuje różnokolorowymi lampkami.
Nazajutrz udajemy się na krótką wycieczkę do położonej nieopodal wioski Sibak, w której jednak nie znajdujemy niczego godnego uwagi. Stamtąd wyprawiamy się jeszcze nad jezioro Cheshm Lengan, które okazuje się niewielkim bajorkiem o betonowych brzegach i zawiedzeni wracamy do Fereydunshahr. Jak się później okazuje, nie jest to zupełnie stracony dzień: późnym popołudniem wybieramy się na obiad do restauracji, w której przysiada się do nas niejaki Amin- na oko osiemnastolatek, który prosi, abyśmy zwracali się do niego Andrew. Po krótkiej rozmowie, podczas której ogląda nasze zdjęcia z podróży, prosi, żeby puścić mu kilka gruzińskich piosenek wgranych do telefonu Mateusza, a także wyznaje, że chciałby studiować w Gruzji, zaprasza nas na piknik. Nie mamy żadnych planów na wieczór, więc przyjmujemy zaproszenie i umawiamy się z Aminem pod restauracją na dziewiątą. O wyznaczonej porze zjawiamy się przed lokalem, skąd nasz nowy znajomy prowadzi nas do samochodu swojego kolegi. Po drodze zajeżdżamy jeszcze do domu Amina, aby wziąć kilka rzeczy, bez których piknik nie może się odbyć i wreszcie wyjeżdżamy za miasto. Wąską, piaszczystą dróżką auto wspina się pod górę, pogrążając się w coraz gęstszych ciemnościach. Zostawiamy za sobą miasto, które widziane z góry staje się po kilku minutach plamą sztucznego światła, wypełniającego otoczoną surowymi górami kotlinę. Tymczasem my docieramy do położonego ponad miastem sadu, w którym samochód parkuje pośród suchej trawy i drzewek. Wysiadamy i ruszamy w stronę światła lampy, zawieszonej na jednej z gałęzi. Na miejscu zastajemy jeszcze kilka osób: dwóch młodych mężczyzn, dwóch chłopców- na oko dziesięcio- i piętnastoletniego oraz ich ojca i matkę- jedyną w gronie naszych nowych znajomych kobietę. Gospodarze zapraszają nas do zajęcia miejsc na rozłożonym na trawie wzorzystym dywanie, a sami zajmują się przygotowywaniem ogniska i szaszłyków z kurczaka. Niestrudzony Amin opowiada o swoich planach na przyszłość, podczas gdy jego ciotka zadaje nam łamaną angielszczyzną kilka pytań. Wtem rozmowę przerywa rozlegające się całkiem blisko wycie szakali, dzięki któremu (a także dzięki otaczającym nas groźnym górom i rozciągającemu się ponad nami bezgwiezdnemu niebu), zaczynam się czuć jak na pikniku w scenerii rodem z filmów grozy.
Wreszcie kolacja jest gotowa i każdy dostaje długi szaszłyk. Jestem najedzona już po pierwszym, tymczasem gospodarze oferują kolejne dokładki, a po kolacji wyciągają fajkę wodną. W międzyczasie próbujemy dowiedzieć się od naszych towarzyszy jak najwięcej o ich planach związanych z Gruzją, tym bardziej, że niewątpliwie należą do tej grupy irańskich Gruzinów, dla których ojczyzna przodków to kraj wielkich możliwości. Okazuje się, że nie tylko Amin chciałby tam studiować: ojciec towarzyszących nam przy ognisku chłopców, pragnąłby wysłać swoich synów do szkół w Gruzji. Jest przekonany, że tam nauczyliby się więcej niż w Iranie, a po zakończeniu edukacji czekałaby ich lepsza przyszłość. Wreszcie rozważania na temat możliwości, jakie ewentualnie może dać Gruzja imigrantom z Fereydunshahr, a także liczne pochwały wygłaszane pod adresem prezydenta Micheila Saakaszwiliego, przechodzą w zbiorowe narzekania na irańskich polityków i duchownych. Niestety, nasi rozmówcy, mimo swojego wyraźnie progruzińskiego nastawienia, niewiele wiedzą o przeszłości czy o miejscowych zwyczajach. Jedynie od ojca chłopców dowiadujemy się, że w czasie wojny iracko-irańskiej służył w specjalnych oddziałach gruzińskich, które przekazywały sobie meldunki właśnie w dialekcie gruzińskim, dzięki czemu były one zupełnie niezrozumiałe dla Irakijczyków.
O północy gasimy ognisko, zbieramy naczynia i przy świetle latarki idziemy do zaparkowanych nieopodal samochodów. Po krótkiej jeździe wysiadamy przed naszym hotelem. Tak oto minął trzeci dzień w Fereydunsahr. Tymczasem my musimy się porządnie wyspać, bo następnego dnia czeka nas wspinaczka na legendarną górę Tsikhe.
|
Obraz Jezusa w Koran...
świetna, warto
Typowy Arab - Jaki j...
*** - Znam ( swoja byłą nauczycielkę ...
Typowy Arab - Jaki j...
Typowy Arab - Jaki j...
;( - Gdyby było tak w Chrześcijaństwi...
Typowy Arab - Jaki j...
Araby faceci - Araby faceci chodzą co...