|
Wieczorem tego samego dnia, po wizycie u pana Alego, spotykamy się w naszym hotelowym pokoju z panem Sepianim, który na rozmowę z nami przywozi duże pudełko kolorowych słodyczy. Spotkanie przebiega w nieco konspiracyjnej atmosferze, ponieważ, jak już wspomniałam, władze irańskie niechętnie patrzą na osoby aktywnie zaangażowane w sprawy różnorakich mniejszości narodowych zamieszkujących Iran. Tymczasem pan Sepiani jest jednym z takich aktywistów: w miarę swoich możliwości zbiera wiadomości o miejscowych Gruzinach, stara się jeździć do Gruzji przynajmniej raz w roku, a ponadto prowadzi bloga poświęconego mniejszości gruzińskiej w Iranie. To właśnie z nim kontaktowaliśmy się przed wyjazdem do Fereydunshahr.
W trakcie rozmowy z panem Sepianim zdobywamy wiele informacji, które przydają nam się w późniejszej pracy, stanowiąc podstawę do dalszych, bardziej szczegółowych badań. Na początku dowiadujemy się, że miejscowych Gruzinów można podzielić na dwie grupy: nacjonalistów, którzy uważają się za prawdziwych Gruzinów i chętnie podkreślają swoje związki z ojczyzną przodków oraz tych, którzy mimo posługiwania się dialektem języka gruzińskiego czują się po prostu Irańczykami i niewiele dbają o swoje pochodzenie. Jednak nawet członkowie tej pierwszej grupy nie nadają swoim dzieciom gruzińsko brzmiących imion: w czasie naszego pobytu w Fereydunshahr i okolicach nieustannie stykaliśmy się z różnymi Muhammadami, Huseinami i Aminami. W tym miejscu warto zaznaczyć, że wszyscy żyjący w Fereydunshahr Gruzini są muzułmanami, chociaż żadna spośród spotkanych przez nas osób nie była szczególnie religijna. Być może ma to związek z okolicznościami, w jakich ich przodkowie przyjmowali islam. Wiadomo bowiem, że nie czynili tego kierowani tzw. potrzebą duchową, ale raczej dlatego, że islam ułatwiał karierę w takich dziedzinach jak wojsko czy polityka. Gruzini byli cenieni jako żołnierze, jednak chrześcijaństwo uniemożliwiało im wspinanie się po kolejnych szczeblach wojskowej hierarchii. Dzisiaj mieszkańcy Fereydunshahr niespecjalnie przejmują się religią, a na dodatek krytykują niektórych mułłów, którzy nie dość, że dzięki swojej funkcji dorabiają się w szemrany sposób majątku, to jeszcze nie przestrzegają podstawowych zasad islamu (np. pijąc zakazany przecież alkohol). Zainteresowani kwestią języka gruzińskiego i jego alfabetu, dowiadujemy się, że jeszcze do niedawna miejscowy dialekt gruzińskiego był jedynie językiem mówionym. Miało to związek z faktem, że Gruzini wypędzeni do Iranu 440 lat temu byli ludźmi prostymi i niepiśmiennymi, stąd też brak zapisków jakichkolwiek legend, podań czy pieśni. Teraz jednak, dzięki wizytom miejscowych Gruzinów w Gruzji i sprowadzanych z niej książkom, alfabet gruziński w końcu zaistniał na ulicach Fereydunshahr: bardzo często nazwy sklepów i restauracji zapisywane są zarówno w alfabecie przodków, jak i w alfabecie arabskim. Jeśli chodzi o dialekt, którym posługują się mieszkańcy miasteczka, to rozwijał się on w oderwaniu od języka gruzińskiego, zachowując przez to jego archaiczne formy oraz przyjmując słownictwo z języka perskiego. W efekcie takie słowa jak chleb czy woda mają źródłosłów gruziński, podczas gdy wyrazy nazywające nowe sprzęty czy zjawiska zostały zaczerpnięte z perskiego. Nawet gruzińska końcówka -szwili dodawana jest do nazwisk wyłącznie w prywatnych kontaktach z rodziną bądź przyjaciółmi. Struktura dialektu jest przyczyną, dla której Gruzini przybywający do Gruzji z Iranu mają problemy z nauczeniem się współczesnego języka gruzińskiego. Jakby tego było mało, Gruzin z Fereydunshahr, posługujący się dialektem, raczej nie porozumie się z mieszkańcem Tbilisi. Nie hamuje to jednak wyjazdów do Gruzji i prób osiedlania się w niej na stałe. Według pana Sepianiego pierwsze dwadzieścia rodzin wyjechało do kraju przodków już 35-40 lat temu. Pomimo otrzymanej na miejscu pomocy od rządu, mniej więcej połowa z tych rodzin wróciła w rodzinne strony twierdząc, że nie potrafią dostosować się do życia w Gruzji (wówczas sowieckiej). Nieco później mieliśmy okazję się przekonać, że w wyobrażeniach wielu Gruzinów z Fereydunshahr Gruzja jest krajem mlekiem i miodem płynącym. Sam pan Sepiani twierdzi, że w Gruzji czuje się jak w swojej właściwej ojczyźnie, w której odzyskuje spokój i pogodę ducha.
Odkładamy na bok kwestię tożsamości i języka, aby zapytać o to, czy w Fereydunshahr i okolicach można napotkać jakieś typowo gruzińskie zabytki z czasów po porwaniu do Iranu. Nasz rozmówca po krótkim namyśle mówi, że podobno w niektórych domach można natrafić na sprzączki czy fragmenty broni, ale jest ich raczej niewiele (niestety, żaden z naszych późniejszych rozmówców takich przedmiotów nie posiadał). Giną także dawne tradycje: jeszcze kilkadziesiąt lat temu mieszkańcy Fereydunshahr robili znak krzyża na chlebie oraz na progu budowanego domu, jednak odkąd zaczęto odchodzić od domowego wypiekania chleba, a wznoszeniem domów zajęły się wyspecjalizowane ekipy budowlane, zwyczaj ten stopniowo zanikał. Brakuje też gruzińskich legend i pieśni. Jedynym zachowanym podaniem związanym z irańskimi Gruzinami jest opowieść o górze Cikhe, której nazwę można przetłumaczyć jako twierdza. Wiele lat temu regent Karim Chan Zand postanowił obłożyć irańskich Gruzinów podatkami. Gruzini nie zgodzili się z tą decyzją, ponieważ bardzo wielu z nich służyło w armii perskiej, co z kolei zwalniało ich od płacenia podatków. Rozgniewany Karim wysłał przeciwko buntownikom wojska, które wkrótce rozbiły gruzińskie oddziały, po czym przypuściły atak na górę Cikhe, na której szczycie schroniły się kobiety z dziećmi. Widząc, że perskie wojska szturmują ich kryjówkę, postanowiły popełnić wraz z dziećmi zbiorowe samobójstwo, rzucając się ze szczytu na znajdujące się w dole skały. Tę tragedię przeżył jedynie mały chłopiec, który w przyszłości miał dać początek ważnemu gruzińskiemu rodowi Chucjåni. Po wysłuchaniu tej legendy postanawiamy, że i my któregoś dnia musimy wspiąć się na górę Cikhe, z której podobno rozciąga się wspaniały widok na całą okolicę.
Na koniec naszej rozmowy pan Sepiani zachęca nas do odwiedzenia położonej nieopodal miasteczka wioski Czoq-Jurt, z której sam pochodzi oraz oferuje nam nocleg w swoim domu po wyjeździe z Fereydunsahr, a przed udaniem się do Teheranu.
Następnego dnia, zgodnie z zaleceniami pana Sepianiego, wyruszamy do wioski Czoq-Jurt, zamieszkanej po połowie przez Gruzinów i Lurów- przedstawicieli niegdyś na poły koczowniczego ludu, zajmującego się wypasem owiec. Po dziś dzień można spotkać w Fereydunshahr lurskich mężczyzn ubranych w tradycyjne małe, czarne czapeczki, długie do kolan białe, wełniane kamizelki w granatowe pasy oraz charakterystyczne, bardzo szerokie czarne spodnie, które z daleka wyglądają jak spódnica. Do Czoq-Jurt podrzuca nas taksówkarz Ali, który przy okazji zaprasza nas do swojego domu na kolację.
Wysiadamy z samochodu przed niewielkim sklepem, nad którego wejściem dumnie widnieje napis super market, oczywiście w alfabecie arabskim. Właśnie od tego super marketu zaczynamy naszą wizytę w Czoq-Jurt. Ta decyzja okazuje się strzałem w dziesiątkę, ponieważ w środku natykamy się na naczelnika wioski- pana Aslaniego, do którego mężczyźni w sklepie zwracają się Aslaniszwili. Naczelnik wioski, siwowłosy i niezbyt gadatliwy, chętnie zaprasza nas do swojego domu po tym, jak dowiaduje się, że interesujemy się Gruzinami. Prowadzi nas piaszczystymi uliczkami tej nieco smętnej wioski, po których od czasu do czasu przemykają chłopcy na swoich nieodłącznych komarkach, wzbijając przy tym tumany kurzu. Skromny wygląd członków rodziny pana Aslaniego oraz ubogo urządzone wnętrze jego domu w żaden sposób nie zapowiadają tego, co ukazuje się naszym oczom w salonie: otóż w tym pokoju, w którym za cały wystrój robią dywan i spiętrzone pod ścianą poduszki, znajduje się najnowszy model komputera, wyposażonego na dodatek w płaski jak naleśnik monitor. Nie żaden rzężący czołg z monitorem wielkości kubła na śmieci, tylko zgrabna, działająca bez zarzutu maszyna. Tymczasem pan Aslani zaprasza nas do zajęcia miejsc na poduszkach, a po chwili w pokoju zjawia się żona naszego gospodarza i stawia na dywanie szklaneczki z herbatą i talerz z ciastkami. Wkrótce dołączają do nas Zahra- dziewięcioletnia córka pana Aslaniego, jego pracujący w Szirazie kuzyn oraz kilkunastoletnia kuzynka Zahry. Rozmawiamy o zwyczajnych, codziennych sprawach: o szkole, o pracy, o warunkach życia w Czoq-Jurt. Dowiadujemy się, że większość mieszkańców wioski zajmuje się hodowlą bydła i uprawą zboża, a ponadto w połowie drogi między Czoq-Jurt a Fereydunshahr znajduje się fabryka produkująca znaną wodę mineralną o nazwie Kuhyår, wysyłaną na eksport do Arabii Saudyjskiej. Niestety, nasi gospodarze, chociaż Gruzini z pochodzenia, nie wiedzą nic na temat gruzińskich pieśni czy podań i sami znają jedynie legendę o górze Cikhe. Tymczasem w trakcie rozmowy wychodzi na jaw, że córka pana Aslaniego obchodzi dziś swoje urodziny. Zachęceni przez rodzinę Aslani odśpiewujemy dziewczynce huczne polskie Sto lat. Dodam, że nasz występ w całości zarejestrowała kamerą kuzynka Zahry i śmiem podejrzewać, że jeszcze przez kilka lat państwo Aslani będą sobie poprawiać humor naszym fałszowaniem.
Po tym szybkim uczczeniu urodzin Zahry, pan Aslani zaprasza nas na krótki spacer na wzgórze za wioską, na którym znajdują się ule...
Cdn.
|
Obraz Jezusa w Koran...
świetna, warto
Typowy Arab - Jaki j...
*** - Znam ( swoja byłą nauczycielkę ...
Typowy Arab - Jaki j...
Typowy Arab - Jaki j...
;( - Gdyby było tak w Chrześcijaństwi...
Typowy Arab - Jaki j...
Araby faceci - Araby faceci chodzą co...