|
Możliwe, że badanie poparcia dla prezydenta Stanów Zjednoczonych wśród Izraelczyków jest mało istotne. W końcu ponowne wybranie Obamy na stanowisko zależy od Florydy, Ohio czy Pensylwanii, a nie Hajfy, Tel Awiwu czy Netanji. Jednak wciąż istnieje przekonanie, że poparcie prezydenta Stanów Zjednoczonych w Izraelu może znacząco wpłynąć na jego zdolność zawarcia wszechstronnego porozumienia pokojowego. Dlatego rzekome niezwykle niskie czteroprocentowe poparcie Izraelczyków dla Obamy – rezultat mieszczący się w marginesie błędu – miało prawo dać powody do obaw.
Tak naprawdę ta liczba jest tematem zastępczym. Z naszego własnego badania opinii publicznej wynika, że impas w porozumieniu pokojowym ma niewiele wspólnego z postrzeganiem Obamy przez Izraelczyków – którzy są o wiele bardziej przychylni wobec niego niż się sądzi – ale jest związany z izraelskim samozadowoleniem i dobrym samopoczuciem wobec status quo. Ta znamienna liczba cztery procent, wszechobecny symbol porażki Obamy na Bliskim Wschodzie, pochodzi z ankiety przeprowadzonej tego lata przez dziennik Jerusalem Post. Nie był to jednak ranking poparcia. W ankiecie bowiem znalazło się pytanie czy Izraelczycy uważają, że Obama jest „bardziej pro-izraelski” czy raczej „bardziej pro-palestyński” czy może neutralny. Media zachodnie przejęły tę statystykę, dowodząc, że prezydent nie ma poparcia Izraelczyków, koniecznego do wzmocnienia wysiłków na rzecz procesu pokojowego. Liczba ta jednak wprowadza w błąd. By wyjaśnić stanowisko izraelskiej opinii publicznej zleciliśmy Gerstein Agne Strategic Communications przeprowadzenie ankiety wśród 1000 Izraelczyków. Ankieta, którą ostatnio opublikowała New America Foundation, ukazała w nowym świetle pozycję Obamy w Izraelu. Mimo tego, że rzadko bezpośrednio zwracał się do izraelskiej opinii publicznej, Obama postrzegany jest w relatywnie pozytywnym świetle. Wskaźnik poparcia w naszych wynikach wyniósł 41% (37% wyrażało się nieprzychylnie) – to 10 razy więcej niż liczba podana przez Jerusalem Post. Choć nie jest to przytłaczający wynik, jeśli chodzi o prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest on zauważalnie wyższy niż wskaźnik poparcia dla izraelskich ministrów spraw zagranicznych i obrony i jedynie siedem punktów procentowych niższy niż rezultat premiera Benjamina Netanjahu. Nie oznacza to, że Izraelczycy nie żywią obawy w stosunku do Obamy: 50% uważa, że cechuje go słabość, jeśli chodzi o walkę z terroryzmem, a jedynie 42% twierdzi, że zachowanie Obamy wskazuje na poparcie dla Izraela. W dyskusji panelowej, która odbyła się niedawno w New America Foundation, Gil Tamary z izraelskiego Channel 10 wyjaśniał, że relatywny brak popularności Obamy jest bezpośrednią konsekwencją codziennych ataków izraelskiej prasy. Lecz patrząc na nasze badanie, jeśli Obama postanowi zwrócić się bezpośrednio do izraelskiej opinii publicznej, będzie zaczynał z relatywnie silnej pozycji. Obama jak na razie nie zwracał się do Izraelczyków w ten sposób, jak zrobił to w przypadku świata muzułmańskiego poprzez jego historyczne wizyty w Egipcie i Turcji. Podobnie wiekopomna wizyta państwowa w Izraelu może przyczynić się do stworzenia atmosfery życzliwości wśród już otwartej na niego izraelskiej opinii publicznej. Jednak jeśli chodzi o budowanie pokoju na dłuższą metę wyniki ankiety mogą okazać się nawet ważniejsze dla administracji, która znalazła się w impasie. Według badania Izraelczycy poparliby porozumienie pokojowe podpisane przez Netanjahu w stosunku 59% do 34%. Izraelczycy są nawet za określonym przez Stany układem pokojowym, takim do jakiego próbował doprowadzić prezydent Bill Clinton w Tabie w 2001 r., w stosunku 53% do 45%. Jedynym problemem jest fakt, że Izraelczycy nie uważają pokoju z Palestyńczykami i sąsiadującymi krajami za priorytet, ani nie twierdzą, że jego brak niesie z sobą jakieś nagłe czy negatywne konsekwencje. W związku z tym popularność Obamy lub jej brak ma niewielki związek z perspektywami pokoju. Głównym problemem jest to, że Izraelczycy są zadowoleni z obecnej sytuacji i prawie nie mają powodu, by ją zmieniać. Jedynie niewielki procent więcej (4%) Izraelczyków uważa, że nie może brać na swoje barki brzemienia gospodarczego i bezpieczeństwa dotyczącego status quo. Jeszcze mniej uważa, że poparcie Stanów dla Izraela zmniejszy się, jeśli nie będzie pokoju (49 procent wobec 47 procent – wynik ten leży w granicach błędu). Biorąc pod uwagę przytłaczające wyzwanie przemieszczenia 500 000 izraelskich osadników żyjących poza Zieloną Linią, oryginalnymi granicami kraju z 1949 r. (lub pozostawienie niektórych z nich pod przyszłym zwierzchnictwem palestyńskim), zaczynamy rozumieć dlaczego obecne wyliczenia kosztów i zysków przemawiają za zachowaniem status quo. Jeśli istnieją jakieś pozytywne rezultaty naszego badania dla rządu izraelskiego, to jest to wyraźna zdolność Izraelczyków do zachowań pragmatycznych. Przejawia się to w poparciu dla negocjacji Netanjahu z Hamasem w sprawie wymiany więźniów, przekraczania granicy, czy też nieformalnych porozumień w sprawie zawieszenia broni. Choć jedynie 36 procent Izraelczyków uważa swojego premiera za „szczerego i godnego zaufania” zgodnie z naszymi wynikami (porównując z 55%, którzy przywołują te cechy opisując Obamę) imponujące 69% nie popiera polityki Netanjahu dotyczącej bezpieczeństwa kraju. I rzeczywiście z ankiety wynika, że Netanjahu ma więcej możliwości manewru w kwestii palestyńskiej niż się powszechnie uważa. Badanie wykazało również, że Izraelczyków głównie obchodzą sprawy życia codziennego. Zapytani o podstawowe powody poparcia dla pokoju podawali „normalniejsze życie ich dzieci” i „wzrost gospodarczy” (odpowiednio 50% i 37% ankietowanych). Nawet uznanie państwa przez 22 arabskie kraje – do którego tak żarliwie dąży administracja i które promuje Kongres – daje motywację jedynie 15% Izraelczyków. Innymi słowy Izraelczycy widzą tylko kilka powodów niekontynuowania okupacji i przypuszczalnie nie mają dobrej motywacji do wyboru innej drogi. Zachowanie izraelskiego przywództwa jest spójne z krótkoterminową kalkulacją polityczną, wedle której Izraelczycy nie chcą naruszać obecnego scenariusza. Kontynuowanie czy nawet wzmacnianie okupacji, na przykład, pozwala na uniknięcie trudnych czy zagrażających koalicji wyborów politycznych w kraju, nie wymaga poniesienia wysokich kosztów na szczeblu międzynarodowym i krajowy i nie wydaje się przynosić nowych i znaczących korzyści, z których Izraelczycy mogliby skorzystać dzięki porozumieniu pokojowemu. Jeśli jakiekolwiek porozumienie ma przerwać impas, to musi się zacząć od stworzenia nowych struktur motywacji i kwestii działających demobilizująco, a wtedy popularność Obamy lub jej brak pozostanie w rękach mieszkańców Virginii. Autorzy artykułu (Amjad Atallah i Daniel Levy) są między innymi dyrektorami Middle East Task Force w New America Foundation. Źródło: Common Ground News za Prospects for Peace blog, 14 grudnia 2009, www.prospectsforpeace.com.
|
Obraz Jezusa w Koran...
świetna, warto
Typowy Arab - Jaki j...
*** - Znam ( swoja byłą nauczycielkę ...
Typowy Arab - Jaki j...
Typowy Arab - Jaki j...
;( - Gdyby było tak w Chrześcijaństwi...
Typowy Arab - Jaki j...
Araby faceci - Araby faceci chodzą co...