Strona Główna arrow Iranica arrow Na tropie przyczyn popularności spiskowej teorii dziejów w Iranie.

Polecane

Dlaczego NIE chcemy meczetu?
 
Modlitwa (fot. M.Łyszczarz)

Jutro rusza demonstracja przeciw budowie meczetu przy Rondzie Zesłańców Syberyjskich. Jej cel jest znany, warto jednak przyjrzeć się powodom. Są one prezentowane w różnych formach na forach i portalach internetowych. Zdecydowałam się na przyjrzenie się komentarzom z portalu petcyje.pl, ze względu na mniejszą (hipotetycznie) anonimowość. Na podstawie wpisów ZA petycją przeciwko budowie[1] można skonstruować kilka typów przeciwników:

 

Kultura

Recenzja filmu: Myśliwy
 

Myśliwy, reż. Rafi Pitts Po przeczytaniu krótkiego opisu fabuły myślałam, że będzie to film o tym, że jeśli zrobisz coś złego/niepoprawnego politycznie, to masz do końca życia przerąbane. Ale się pomyliłam. To raczej film o tym, że życiem rządzi przypadek, a ten może nakręcić spiralę nieprzewidywalnych zdarzeń.

 

Literatura

Recenzja: O mojej matce
 

Jelloun, Tahar Ben, O mojej matce Tahar Ben Jelloun to niewątpliwie jeden z najbardziej znanych autorów, opisujących barwny folklor rodzinnego Maroka. Wydawać by się mogło, iż książka O mojej matce, którą pisarz poświęcił ostatnim dniom swojej matki, będzie zupełnie inna, oparta jedynie na osobistych, intymnych przeżyciach. Nic bardziej mylnego.

 
Na tropie przyczyn popularności spiskowej teorii dziejów w Iranie. Drukuj
Ivonna Nowicka   
wtorek, 30/06/2009

Na tropie przyczyn popularności spiskowej teorii dziejów w Iranie.

W nawiązaniu do piątkowego kazania Chameneiego

 

Wśród Irańczyków często spotyka się przekonanie o istnieniu zakamuflowanych, potężnych siły, jakichś supertajnych komórek prawie równie supertajnych agencji, które z ukrycia sterują wydarzeniami i wedle woli poruszają trybami historii. Dowód na ich istnienie jest taki, jak w dowcipie o słoniu na jarzębinie. Widzieliście kiedyś słonia na jarzębinie? Nie? No właśnie, bo tak świetnie się schował!

 

Kazanie mocnych akcentów

 

Kiedy najwyższy przywódca duchowy ajatollah Ali Chamenei 19 czerwca w piątkowym kazaniu oskarżył Wielką Brytanię o mieszanie się w sprawy Iranu i nazwał ją „złą”, wiedział, że takie ujęcie może trafić na podatny grunt, zwłaszcza wśród ludzi podobnie jak on niechętnie nastawionych do demonstracji. W kraju i za granicą z niepokojem czekano na to przemówienie, telewizja BBC nadawała je z symultanicznym tłumaczeniem. Było oczywiste, że stanowisko rahbara zadecyduje o tym, jaki obrót obierze sytuacja w kraju, niespokojna od czasu ogłoszenia wyników wyborów prezydenckich, o tym, czy kontestatorzy mogą liczyć na minimalny szacunek dla swojej pozycji i czy jest szansa na ponowne przeprowadzenie elekcji. Powiedzmy dokładniej – ważny był sposób rozłożenia akcentów i ich siła, bo stanowisko rahbara było w zasadzie znane z wcześniejszych jego decyzji i wypowiedzi. Rzeczywiście jego wypowiedź okazała się być wyznacznikiem zarówno sytuacji wewnętrznej, jak i relacji z zagranicą, zwłaszcza z Wielką Brytanią.

W odniesieniu do sceny krajowej kazanie Chameneiego zawierało dwa istotne elementy: po pierwsze nieoczekiwanie mocne poparcie dla Ahmadineżada z jednoczesnym zdystansowaniem się od Alego Akbara Haszemiego Rafsandżaniego, po drugie zaś wezwanie do zaprzestania protestów. Fakt, że Chamenei odciął się tak wyraźnie od Rafsandżaniego stawia w nowym świetle atak, jaki Ahmadineżad przypuścił na tego polityka w telewizji. Przed wyborami prezydenckimi odbyło się sześć debat telewizyjnych, podczas których każdy z czterech kandydatów miał okazję spotkać się z każdym. Ahmadineżad już wcześniej zapowiadał, że ujawni i zdemaskuje nadużycia poprzednich rządów. Tak też uczynił, a wybrał do tego celu dyskusję ze swoim głównym rywalem, Mir Hosejnem Musawim. Nie będzie wielkim odkryciem stwierdzenie, że zdecydował się zrealizować obiecany atak właśnie podczas tej konfrontacji nie tylko ze względu na mocną pozycję Musawiego przed wyborami, ale również dlatego, że popierał go Rafsandżani. Kiedy więc w środę 3. czerwca przed kamerami telewizyjnymi zasiedli Ahmadineżad i Musawi, prezydent skrytykował rządy całej 30-letniej historii Islamskiej Republiki Iranu, a przede wszystkim potężnych polityków ją tworzących, najostrzej zaś – Rafsandżaniego. Fakt, że to „obnażenie” nadużyć poprzednich władz było zapowidziane już wcześniej dowodzi, iż rzecz dokładnie zaplanowano. W tamtych dniach można się było tylko domyślać, że podobny frontalny atak na tak ważną postać w historii Islamskiej Republiki jak Rafsandżani, jeden z zaufanych ludzi ajatollaha Chomeiniego, dwukrotny prezydent, a w chwili obecnej członek ważnych instancji, nie byłby możliwy, gdyby obecny przywódca duchowy nie udzielił swojej aprobaty dla podobnego posunięcia. W świetle piątkowej deklaracji Chameneiego możemy mieć pewność, że taka aprobata – a może i zachęta – rzeczywiście istniały.

 

 

Kraj zaskakujących zwrotów

 

Drugim elementem przemówienia Chameneiego kluczowym dla kryzysowej sytuacji powyborczej w Iranie było wezwanie do zaprzestania prostestów oraz stwierdzenie, że od tej pory każdy, kto wyjdzie demonstrować na ulice, sam będzie za to odpowiedzialny. Jak zauważyli jeszcze tego samego dnia analitycy z Amnesty International, te słowa były „zielonym światłem” dla sił porządkowych, by odtąd ostro rozprawiać się z demonstrantami. Na ich efekt nie trzeba było długo czekać. Do tej pory pokojowe, często milczące przemarsze i zgromadzenia były jako tako tolerowane, przynajmniej w Teheranie. Jeszcze w przeddzień kazania doszła do skutku ogromna demonstracja na placu Imama Chomeiniego, które to miejsce niegdyś stanowiło naukowo-kulturalno-handlowo-polityczne serce stolicy, a i dziś w jego okolicy sąsiadują ze sobą bazar, ambasady, MSZ oraz muzea. Tam Musawiemu po raz ostatni – przynajmniej na razie – udało się pojawić publicznie.

Odwiedziłam Teheran w styczniu bieżącego roku i tak się składa, że mieszkałam na jednej z ulic, wychodzących na ten plac. To bowiem centrum tanich hoteli. W kiosku na południowo-zachodnim rogu kupowałam ciastka i karty doładowujące, obok witałam się z umorusanym czyścibutem, który dokarmiał meczetowe kociaki, na pobliskiej ulicy Lalezar-e Nou szukałam śladów Polaków z czasów II wojny światowej, w sklepikach po północnej stronie uzupełniałam swój zbiór filmów irańskich, a na ścianie zachodniej u wylotu ulicy Ferdousiego skusiłam się na porywającą muzykę do Aszury w wykonaniu chłopaczka o głosie mocnym jak echo skalistych gór. Gdyby mnie ktoś spytał, wtedy, w styczniu, czy sobie wyborażam, że za pół roku na placu zamrze ruch uliczny, że zapełnią go szczelnie demonstranci i że będą wiwatowali na widok nieznanego mi wówczas polityka, gdyby ten ktoś dalej roztaczał obraz wypadków i chciał się dowiedzieć, czy moim zdaniem to realne, by nieprzebrany i do tego protestujący tłum skandował hasła „Musawi, Musawi, hemajat mikonim” – „Musawi, Musawi, masz nasze poparcie”, „Allaho akbar” i śpiewał nieoficjalny, bliski sercom ludzi hymn „Ej Iran!”, prychnęłabym rozbawiona i odrzekła z całą stanowczością, że nie. Coś podobnego nie jest możliwe. Do tego za pół roku!

A teraz? Widzę na zdjęciach, filmach znajome sklepiki, „moją” stację metra i pomnik ze słowem „Allah”, który tyle razy mijałam. Widzę je, tylko że teraz na tej wielkiej przestrzeni faluje morze głów, łan rąk z zielonymi przepaskami i palcami ułożonymi na kształt litery „V”. Widzę i myślę sobie, Iranie, ty ziemio niespodzianek! Nie tylko dla iranistów, chyba i dla samego siebie.

Demonstracja na placu Imama Chomeiniego odbyła się w czwartek. Tego samego dnia upamiętniano tam również ofiary ostatnich zajść. Na znak żałoby ludzie nieśli długie pasy zielonego sukna, tak długie, że na zdjęciu wyglądają jak potok, wiją się lekko na boki i końca ich nie widać. O zmierzchu zaś zapalali świeczki za zabitych.

Już w sobotę policja, pasdarzy i funkcjonariusze w cywilu przyjęli jednak ostrzejsze stanowisko i pobłogosławieni w piątkowym kazaniu przez Chameneiego z całym zdecydowaniem starali się zapobiec większym zgromadzeniom i rozbijali tworzące się grupki przy pomocy gazów łzawiących, pałek i zatrzymań. Skutkiem tego z dnia na dzień uliczne protesty stawały się coraz rzadsze i mniej tłumne. Można powiedzieć, że przemarsz jako sposób kontestacji ogłoszonych wyników wyborów zamarł śmiercią wymuszoną do czwartku 25 czerwca, z jedną większą próbą zrywu w środę 24-ego na placu Baharestan w Teheranie, tam, gdzie ma siedzibę parlament.

Ale ludzie zaczęli dawać wyraz swojemu sprzeciwowi na inne sposoby – o godzinie 22.00, skryci pod całunem mroku, wychodzą na płaskie teherańskie dachy, by z tym większą determinacją wznosić okrzyki „Allaho akbar”. Niesamowite wrażenie. Jakby pulsowało w desperacji ogromne serce, jakby wielkie udręczone stworzenie kierowało do Najwyższego błaganie o pomoc. Kojarzycie identyczne sceny z komiksu i bodajże również z filmu Mardżan Satrapi „Persepolis”? Tak, dokładnie to samo działo się przed rewolucją 1978-1979 roku.

Choć całun mroku nie zapewnia pełnego bezpieczeństwa, bo agenci w cywilu patrolują ulice i wypatrują z dołu, z których dachów dzwonią głosy.

 

 

Czarne karty z historii stosunków brytyjsko-perskich

 

Tyle odnośnie reperkusji słów Chameneiego na scenie wewnętrznej. Co się zaś tyczy stosunków z zagranicą, to Chamenei za cel krytyki obrał Wielką Brytanię, nazywając ją „chabis”, czyli „złą, złośliwą, szkodliwą”, co na angielski przełożono jako „evil”. Mocne to słowo. Zwłaszcza w ustach duchowego przywódcy, zwłaszcza podczas równie ważnego wystąpienia, jak owo piątkowe kazanie w tak newralgicznym dla Iranu momencie. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Jeszcze tego samego dnia w Zjednoczonym Królestwie wezwano na rozmowę irańskiego dyplomatę. Po paru dniach Islamska Republika Iranu wydaliła dwóch angielskich dyplomatów, w odpowiedzi na co druga strona we wtorek 23 czerwca zapowiedziała analogiczne posunięcie. Potem w sobotę 27 czerwca władze Iranu aresztowały pięciu Irańczyków zatrudnionych w ambasadzie brytyjskiej.

Kiedy sytuacja w kraju jest niestabilna, zawsze poręcznie zrzucić winę na elementy zewnętrzne i przypisać im próby ingerencji. Szukanie zewnętrznego winowajcy to jedna z ulubionych strategii Chameneiego, do której ucieka się on, kiedykolwiek z jego punktu widzenia w kraju źle się dzieje, choćby potępiając w 1999 roku demonstracje studenckie. Ktoś może jednak spytać – dlaczego na pierwszy ogień poszła teraz Anglia? Przecież wiadomo, że najpopularniejszym hasłem Islamskiej Republiki Iranu jest „Marg bar Amrika”, co dosłownie znaczy „Śmierć Ameryce”, ale lepiej brzmi przełożone jako „Precz z Ameryką”, po angielsku oddawane jako „Down with USA” bądź jeśli los jest dla języka angielskiego łaskawy – jako „Down with the USA”. To hasło do dziś widnieje na murze byłej ambasady Stanów Zjednoczonych w Teheranie (oba państwa nie utrzymują oficjalnych stosunków dyplomatycznych). Widniało kiedyś – nie wiem, czy wciąż jeszcze tam jest – w lobby jednego z elegantszych hoteli Teheranu, Hotelu Lale, dalej też jeden z budynków jest „ozdobiony” ogromnym malowidłem ściennym, przedstawiającym bomby spadające na pasy amerykańskiej flagi i Statuę Wolności z trupią czaszką miast głowy. Notabene to jeden z ulubionych motywów zagranicznych fotografów. Przykłady można mnożyć. Dlaczego więc w swoim kazaniu Chamenei wyszczególnił Anglię, nazywając ją „złą”, nie zaś Stany Zjednoczone?

Niewątpliwie zadecydowały o tym przykre doświadczenia, jakie Iran miał z Anglią w przeszłości, doświadczenia, które ukształtowały stosunek Irańczyków tego kraju. Hasła antyamerykańskie są tylko narzędziem w rękach rządzących. Dla większości społeczeństwa to sylaby bez treści odziedziczone w spadku po okresie rewolucji i pierwszych latach obecnego reżimu, puste slogany, które nie znajdują odzwierciedlenia w stosunku społeczeństwa do Ameryki. Pewnie mało kto w Polsce wie, że jeśli wierzyć Rafsandżaniemu, niewiele brakowało, a hasło „Precz z Ameryką” – oraz jego propagandowy pendant – „Precz ze Związkiem Sowieckim” – trafiłoby na zasłużoną emeryturę i to już w 1984 roku. Mało kto o tym wiedział w samym Iranie aż do roku 2007, kiedy to Rafsandżani wyjawił w ostatnim tomie swych burzliwie przyjętych pamiętników, tomie zatytułowanym „Be su-je sarneweszt”, „Ku przeznaczeniu”, iż taką właśnie decyzję podjął z imamem Chomeinim, tylko z woli imama czekali na właściwy moment. Z jakiegoś powodu żaden moment nie został uznany za właściwy i hasło pozostało, ale ono trwa sobie, a Irańczycy sobie. Ludzie podziwiają Stany Zjednoczone, w wielu aspektach stylu życia biorą je sobie za wzór. A młodzież! Ta to dopiero w nie zapatrzona i pełna dla nich podziwu.

Inaczej mają się sprawy, jeżeli chodzi o stosunek do Zjednoczonego Królestwa. Wielu Irańczyków odnosi się nieufnie i podejrzliwie do jego polityki zagranicznej. Pewien profesor uniwersytecki z Teheranu, który interesuje się żywo historią, tłumaczył mi kiedyś, że po Wielkiej Brytanii nie można się spodziewać dobrych rzeczy, że zawsze coś knuje, ingerując w wewnętrzne sprawy innych państw. Że podejmuje kroki, których reperkusje kraje te odczuwają jeszcze po wielu latach. W sumie moglibyśmy dorzucić tu moment z własnej historii, bo wszak to Churchill był jednym z trzech polityków, decydujących w 1943 roku za plecami naszego uchodźczego rządu, przypadkiem właśnie w Teheranie, o powojennych losach i granicach Polski. Zaglądam do tomu Encyclopaedia Britannica i proszę! To sir Winston Churchill zaproponował poprowadzenie granicy polsko-sowieckiej wzdłuż Linii Curzona, ze swej strony zbliżonej do linii z paktu Ribbentrop-Mołotow. Ten brytyjski noblista, swoją drogą wybitny mąż stanu, wypowiedział również wątpliwe pod względem moralnym, makiaweliczne stwierdzenie, iż mądry polityk prowadzi własne wojny przy pomocy obcych wojsk.

Iran dostał swoją dawkę szkodliwej ingerencji Anglii aż w nadmiarze, a zaczęło się w XIX wieku. Nie kto inny, jak brytyjski dyplomata, sir Gore Ouseley, opracował podpisany w 1813 roku układ z Gulistanu, na mocy którego Rosja zyskiwała ważne terytoria kaukaskie i wyłączne prawa do żeglugi okrętami wojennymi po Morzu Kaspijskim. Do dziś Irańczycy odbierają to porozumienie jako upokarzające. To była pierwsza czarna karta. Następna, również niezbyt fortunna z irańskiego punktu widzenia stronica zapisana została w latach 60. XIX wieku, gdy Anglia stała za wyznaczeniem granicy między Persją – bo tak wtedy zwano w Europie Iran – a Indiami. Ta granica, jak i inne granice wytyczane przez Brytyjczyków, choćby owa między Afganistanem a Pakistanem, cięła przez środek terenów plemiennych, w tym wypadku Baludżów.

Na początku XX wieku czarne karty sypią się jedna za drugą. Jak pisze amerykańska badaczka Nikkie Keddi w książce „Współczesny Iran. Źródła i konsekwencje rewolucji” (Kraków 2007), „[j]eszcze przed początkiem wojny Brytyjczycy usiłowali wynegocjować z Rosją nowy rozbiór Persji, który przyznawałby im również strefę neutralną, gdzie odkryte zostały złoża ropy.” Po wybuchu wojny obiecali Rosji korzystne wpływy w Turcji „w zamian za panowanie nad większością neutralnego pasa Persji.” Odnośny traktat został podpisany w 1915 roku. „W przeciwieństwie do traktatu z 1907 roku,” stwierdza Amerykanka, „nie zawierał wzmianek o niepodległości Persji (...) i nie ograniczał poczynań brytyjskich w ich strefie wpływów.” Wielka Brytania wciąż była potęgą kolonialną, panią dużej części świata i jako taka czuła się uprawniona do podporządkowywania sobie jeszcze większych jego połaci. Ze względów politycznych, strategicznych i ekonomiczno-handlowych miała chrapkę na Iran i wcale się z tym nie kryła. „W 1916 roku Rosjanie dominowali na północy, zaś Brytyjczycy odzyskiwali panowanie nad południem (...). W końcu 1917 roku już całkowicie podporządkowali sobie ten obszar kraju”, czytamy we wspomnianej książce.

Po zakończeniu I wojny światowej rząd brytyjski dążył do usankcjonowania swojej kontroli nad Persją. Zaproponował jej podpisanie traktatu, stanowiącego o pomocy finansowo-wojskowej, który w rzeczywistości zamieniłaby ten kraj w brytyjski protektorat. Anglia liczyła na to, że uda jej się upiec przy jednym ogniu dwie pieczenie: zapewnić sobie dostęp do ropy naftowej i stworzy antysowiecki bufor. Koniec końców układ nie doczekał się ratyfikacji, choć przez pewien czas Brytyjczycy zachowywali się tak, jakby miał moc prawną. Potem, mimo wycofania swoich doradców, nie zaniechali oni ingerowania w wewnętrzne sprawy Iranu. Dzięki ich poparciu Reza-chan mógł w 1925 roku objąć tron Persji jako szach Reza Pahlawi, oni też razem ze Związkiem Sowieckim dokonali w 1941 roku roszady, zastępując go jego pierworodnym, Mohammadem Rezą.

Jednak najboleśniej w pamięci Irańczyków zapisały się wydarzenia z początku lat 50. minionego stulecia. Doktor prawa Mohammad Mosaddek, premier Iranu od 1951 roku, przeprowadził nacjonalizację Anglo-Irańskiej Spółki Naftowej, w której, jak sama nazwa wskazuje, Anglia miała swoje udziały, rzecz jasna pokaźne. Brytyjczycy skierowali sprawę do Międzynarodowego Trybunału w Hadze, gdzie Mosaddek wygłosił wspaniałe przemówienie w obronie prawa Iranu do nacjonalizacji. Trybunał stwierdził dyplomatycznie, że nie jest upoważniony do orzekania w tej kwestii, sugerując tym samym, iż to wewnętrzna sprawa Iranu, a co za tym idzie, że kraj ten miał prawo przemysł naftowy upaństwowić. W Anglii, a także w Stanach Zjednoczonych, Mosaddek stawał się postacią bardzo niepopularną, demonizowaną wręcz, podczas gdy w Iranie urastał do rangi szlachetnego obrońcy sprawy narodowej. Tu zbliżamy się do najbardziej niefortunnego momentu w historii angielskich prób mieszania się w wewnętrzne sprawy Iranu. Wielka Brytania podjęła konkretne kroki wymierzone w gospodarkę kraju. Potem, w sierpniu 1953 roku, wraz ze Stanami Zjednoczonymi doprowadziła do zamachu stanu, w wyniku którego Mosaddek został odsunięty od władzy, by już do końca życia tkwić w areszcie domowym.

Tego wydarzenia Irańczycy nie mogą obu mocarstwom zapomnieć. Mosaddek do dziś pozostaje symbolem dla irańskich patriotów. Był to działacz, jakiego można by życzyć każdemu narodowi – nie kierował się interesem własnym ani maniakalną wśród wielu polityków żądzą utrzymania się na stołku. Jemu naprawdę chodziło o dobro kraju. Sterowany przez oba mocarstwa przewrót na dziesięciolecia odebrał Irańczykom ducha optymizmu historycznego i obezwładnił ich politycznie. Uważam, że jako przygrywka do autorytarnej władzy szacha, do rozbudowywania trzymającego naród w trwodze aparatu tajnych służb, zamach ten w dłuższej perspektywie czasowej był jednym z czynników, które doprowadziły do antyszachowskiej rewolucji 1978-1979 roku.

Z wydarzeń współczesnych fakt, że w Wielkiej Brytanii funkcjonuje Organizacja Modżahedinów Ludowych, też nie pomaga budować zaufania Irańczyków. Dopiero polałaby się w Iranie krew i zapanował terror, gdyby nie daj Boże władzę przejęło to silnie zmilitaryzowane, muzułmańsko-lewicowe ugrupowanie.

 

 

Zakończenie

 

Wielkiej Brytanii rzeczywiście uzbierało się trochę czarnych kart w księdze historii z Iranem. Ingerowała i intrygowała, do tego egoistycznie, kierując się swoimi wyłącznymi interesami bez chęci i próby uwzględniania korzyści samej Persji i traktując ją instrumentalnie. Takie wydarzenia jak układ z Gulistanu, jak utrudnianie nacjonalizacji przemysłu naftowego, a przede wszystkim jak ów fatalny w skutkach zamach stanu z 1953 roku, były bolesne dla obywateli Iranu i przyniosły szkodę ich państwu.

Nieufność do Wielkiej Brytanii ma więc swoją genezę historyczną i znajduje uzasadnienie w konkretnych jej poczynaniach w Iranie oraz z Iranem. Akurat tego sentyment nie można zbyć jako przesądnej wiary w spiskową teorię dziejów. Przeciwnie, trafniejsze wydaje się przypuszczenie, iż chwytliwość tej teorii w Iranie w odniesieniu właśnie do Zjednoczonego Królestwa wynika po części z takich a nie innych doświadczeń wyniesionych z relacji z tym mocarstwem w niedawnej przeszłości. Owo podejrzliwe nastawienie do angielskiej polityki spotyka się wśród Irańczyków wszelkich opcji światopoglądwych, od twardogłowych po liberałów, wśród ludzi prostych, a szczególnie może wśród osób wykształconych, które poznały i przemyślały historię swojego kraju. Być może to jedna z przyczyn, dla których ajatollah Chamenei do swojego werbalnego ataku wybrał właśnie to państwo.

Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
ella   |2009-07-02 23:23:02
Wiadomosci z Iranu mowia o dziewieciu aresztowanych pracownikach Brytyjskiej
ambasady. Wladze dotychczas wypuscily osmiu (najpierw pieciu (29-go) a potem
01.07. wypuscili trzech). Jeden (o ile wiem) dalej pozostaje w
areszcie.
****
Podob no bardzo duzo Iranczykow dalej krzyczy allah o akbar.
Policja ostatnio lazi po blokach w biedniejszych dzielnicach Tehranu i daje do
wyboru - jak nie beda krzyczec to nie zabiora anten satelitarnych. Ludzie
podobno mowia ze nie beda krzyczec - ale krzycza dalej
mbtshoes  - mbtshoes   |2010-04-01 05:10:38
NFL jerseys
Jerseys
superbowl jerseys
Arizona Cardinals...
Atlanta Falcons J...
Baltimore Ravens ...
Buffalo Bills Jer...
Carolina Panthers...
Chicago Bears Jer...
Cincinnati Bengal...
Cleveland Browns ...
Dallas Cowboys Je...
Detroit Lions Jer...
Green Bay Packers...
Houston Texans Je...
Indianapolis Colt...
Kansas City Chief...
Miami Dolphins Je...
Minnesota Vikings...
New England Patri...
New Orleans Saint...
New York Giants j...
New York Jets jer...
Oakland Raiders j...
Philadelphia Eagl...
Pittsburgh Steele...
San Diego Charger...
San Francisco 49e...
Seattle Seahawks ...
St. Louis Rams Je...
Tampa Bay Buccane...
Tennessee Titans ...
Washington Redski...
MBT shoes
anti shoes
cheap MBT shoes
MBT
MBTs
mbt shoe
masai shoes
swiss masai
Vibram Five Fingers
Vibram FiveFingers
Vibram shoes
Vibram
christian shoes
christian shoe
louboutin shoes
louboutin
christian louboutin
christian heels
[url=http://www.an tisneaker.com]
TownsendAlyson22  - re   |2010-05-30 04:04:00
Various people in all countries take the business loans from different
creditors, just because that's comfortable and fast.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:B):evil::silly::dry::lol::kiss::D:pinch::(:shock::X:side::):P:unsure::woohoo:
:huh::whistle:;):s:!::?::idea::arrow:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

 
 
 

Komentowane

CC logo pp logo IO UW logo unesco_logo
© 2004,2005,2006,2007,2008 Arabia.pl MSZ - Departament Współpracy Rozwojowej Współpracujemy z Wydziałem Orientalistycznym UW partner PK ds. UNESCO