|
Rok 2004 – Szirin Ebadi za tym, by być przeciw Środa 20 marca 2004 roku, Kraków. Goszcząca w Polsce irańska noblistka Szirin Ebadi stoi na katedrze reprezentacyjnej sali Collegium Maius. Obok niej przedstawiciele władz Uniwersytetu Jagiellońskiego, naprzeciwko, na wznoszących się schodkowo drewnianych ławach studenci iranistyki. Prawniczka mówi o tradycjach tolerancji w starożytnej Persji, czyli o tak zwanym Cylindrze Cyrusa spisanym pismem klinowym. Potem przechodzi do spraw współczesnego Iranu i z zapałem wyjaśnia, że popierała bojkot wyborów do irańskiego parlamentu, Madżlesu, przeprowadzonych równo miesiąc wcześniej. Nie ona jedna. W owym czasie wielu Irańczyków, przede wszystkim z obozu reformatorskiego, obywatelskiego, łaknącego zmian, podzielało ten pogląd.
Bojkot wyborów? Przecież prezydentem kraju był wtedy w swojej drugiej kadencji reformator Mohammad Chatami, który wprowadził do irańskiego dyskursu politycznego pojęcie praw obywatelskich, stworzył atmosferę, w której mogły prężnie działać organizacje pozarządowe i wręczył tekę wiceministra środowiska kobiecie. Prawda, jednak Chatami miał w dużym stopniu związane ręce i nie mógł spełnić sporej części oczekiwań z nim wiązanych. Obok niego, przed nim, za nim, nad nim istniały inne władze o mocniejszym głosie i większych prerogatywach. Władze bardziej konserwatywne i niechętne młodemu i na ile się dało dynamicznemu ruchowi reformatorskiemu. Po raz kolejny objawiło się to przy okazji lutowych wyborów do Madżlesu. W Iranie kandydaci wszelkich elekcji do organów władzy są najpierw filtrowani przez Radę Strażników. W rzeczywiostości istnieje unikalne chyba zjawisko „kandydata na kandydata”. Dopiero, gdy Rada Strażników sprawdzi każdego z nich z osobna przede wszystkim pod kątem jego światopoglądowej poprawności z punktu widzenia panującego reżimu, dopuszcza go – bądź nie dopuszcza – do kandydowania. Otóż to – nie dopuszcza. Wtedy, w 2004 roku, Rada Strażników skreśliła z listy kandydatów ponad 2000 nazwisk reformistów, w tym urzędujących aktualnie posłów, wszystkie 13 posłanek, a nawet prezydenckiego brata, Mohammada Rezę Chatamiego. Wywołało to powszechne niezadowolenie obozu reformatorskiego. Na znak protestu z Madżlesu wystąpiło 200 posłów. Przewodniczący parlamentu Mehdi Karrubi zwrócił się do przywódcy duchowego, rahbara, z prośbą o zażegnanie kryzysowi. Rada Strażników zrewidowała listę odrzuconych kandydatów po to tylko, by przywrócić z niej mizerną liczę 200 osób. Wtedy reformatorzy wezwali społeczeństwo do zbojkotowania wyborów. Wielu zwolenników zmian posłuchało ich głosu i na przykład w Teheranie konserwatyści zdobyli wszystkie trzydzieści miejsc. Rok 2005 – Triumf człowieka z cienia Jak się wydaje, przy okazji wyborów do 7. Madżlesu z lutego 2004 roku po raz pierwszy pojawił się pomysł taktycznego bojkotu głosowań. Podobne stanowisko wracało następnie podczas kolejnych elekcji – samorządowych, parlamentarnych do 8. Madżlesu w 2008 roku, a także i przede wszystkim – podczas wyborów prezydenckich z czerwca 2005 roku, w których wybrany miał zostać następca Chatamiego. Tych pamiętnych wyborów, których niespodziewany wynik zaciążyć miał na następnych czterech latach historii Iranu. Obóz reformatorski był skłócony i podzielony i działacze miast się wspierać, podkopowywali nawzajem swoje pozycje. W końcu wyłoniono z niego dwóch kandydatów: byłego ministra szkolnictwa Mostafę Moina oraz przewodniczącego parlamentu Mehdiego Karrubiego. Ani jeden, ani drugi nie mieli jednak tej ujmującej charyzmy Chatamiego. Na przeciwnym biegunie panoramy politycznej startowali irański nestor polityki, były prezydent dwóch kadencji Akbar Haszemi Rafsandżani oraz jak mało znany mer Teheranu Mahmud Ahmadineżad. Duża część społeczeństwa zgodnie z rodzącą się tradycją w pierwszej turze wyborów do urn nie poszła. Reformatorski elektorat był zniechęcony dorobkiem rządu Chatamiego w sferze swobód obywatelskich, a przez to albo zobojętniały, albo pozbawiony złudzeń, by jakiekolwiek zmiany były w ramach panującego systemu w ogóle możliwe. Żaden z czterech kandydatów nie zdobył wystarczającej przewagi i miała zostać przeprowadzona druga tura wyborów, notabene po raz pierwszy w histori Islamskiej Republi Iranu. Teraz dopiero zwolennicy zmian się obudzili. Ale było już za późno. Za kandydatami reformatorskimi mogli tylko tęsknie wzdychać, obaj odpadli w pierwszej rundzie. W drugiej turze niczym Goliat i Dawid stanęli przeciw sobie – Rafsandżani i Ahmadineżad. Część bojkociarzy tym razem oddała głos, choć z ciężkim westchnieniem. Literat Abbas Marufi napisał niedawno, że irańskie społeczeństwo „ciągle musi dokonywać wyboru między złym i jeszcze gorszym”(1). Tak było i tym razem. Wielu niechętnie odnosiło się do bogacza Rafsandżaniego, a teraz mieliby głosować właśnie na niego? Tym sposobem, dzięki rozczarowniu i antywyborczej postawie części społeczeństwa, a także dzięki rozłamom w obrębie bloku reformatorskiego w wyniku drugiej tury wyborów z 24 czerwca 2005 roku prezydentem elektem Iranu został ku ogólnemu zaskoczeniu Mahmud Ahmadineżad. O nieufności wobec Rafsandżaniego niechaj świadczy fakt, że uzyskał on zaledwie 35,92% głosów wobec 61,69% oddanych na Ahmadineżada. O nim zaś rychło zrobiło się głośno choćby za sprawą jego kuriozalnych spostrzeżeń na arenie międzynarodowej. Rok 2009 – Iść czy nie iść, oto jest pytanie Wydawać by się mogło, że przed wyborami, i to tak ważkimi, jak obecna elekcja prezydenta w Iranie, główną, ba, jedyną kwestią z nimi związaną powinno być pytanie, na kogo głosować. Kiedy się jednak śledzi dyskurs przedwyborczy w wolnych i mniej wolnych mediach perskojęzycznych, zwraca uwagę fakt, że niczym refren powraca inna kwestia, natury bardziej zasadniczej. Pytanie, czy w ogóle iść głosować. Nie chodzi tu o wybór między labą przed telewizorkiem a fatygowaniem się do urn, między wrzuszeniem ramionami a wrzuceniem karty do głosowania. Inaczej niż w Polsce, gdzie niska frekwencja w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego jest wyrazem obojętności i nie ma wiele wspólnego z deklaracją polityczną, we współczesnej rzeczywistości Iranu problem udziału w elekcji to pytanie światopoglądowe równie istotne, jak kwestia, na kogo oddać głos. Problem niebrania udziału w wyborach, czy jak się mówi po persku „tahrim-e entechabat”, bojkotu wyborów, to przejaw nie obojętności, lecz zajęcia pewnego stanowiska. W ostatnich wyborach do parlamentu, na fotel prezydencki, do samorządów, bojkot wyborów był postrzegany jako kontestacja. Nie jako brak głosu, lecz jako brzemienna w treść wypowiedź polityczna: Jestem przeciw temu, jakie oblicze ma obecnie mój kraj, nie zamierzam legitymizować systemu przez udział w wyborach, które ze względu na wstępny, odgórny i niedemokratyczny przesiew kandydatów trudno nazwać w pełni wolnymi. Ktoś ukuł nawet na to termin: „szebheentechabat”, semielekcja, nibywybory. Tak właśnie argumentowała Szirin Ebadi w sali Collegium Maius w Krakowie, taki pogląd wypowiadali inni intelektualiści Iranu. Uważali, że jeżeli znaczny procent elektoratu wstrzyma się od głosu, będzie to wymowny znak, że nie akceptuje on pewnych elementów rzeczywistości swojego kraju. Iran, kraj zrotów i zmian Takie były głosy w przeszłości. Taka była postawa jeszcze niedawno przed obecnymi wyborami na prezydenta 10. kadencji. Z początku wydawało się, że Ahmadineżad ma zapewniony fotel na następne cztery lata. Jednak Iran to kraj niespodzianek i zwrotów. Wciąż zaskakuje, na dobre i na złe. Zaskoczeniem dla świata była rewolucja irańska 1978-1979 roku, zaskoczeniem było walne zwycięstwo Chatamiego 23 maja 1997 roku, czyli wg kalendarza irańskiego 2 dnia miesiąca chordad, w nawiązaniu do czego powstało nawet określenie „ruch 2. chordada”. Zaskoczeniem raz jeszcze po ośmiu latach jego prezydentury była wygrana Ahmadineżada. Podobnie niespodzianką jest postawa społeczeństwa przed obecnymi wyborami. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy nastroje w kraju całkiem się odmieniły. Spośród kandydatów na kandydatów na prezydentów, wśród których były zresztą także kobiety, oficjalnie zatwierdzeni zostali czterej politycy: premier Iranu w latach 1981-1989 Mirhosejn Musawiemu, wspominany już były przewodniczący parlamentu, a zarazem kandydat w poprzednich wyborach prezydenckich Mehdi Karrubi, po drugiej zaś stronie spektrum politycznego były szef Korpusu Strażników Rewolucji Mohsen Rezai oraz – aktualny prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad. Przy okazji warto zwrócić uwagę, że w tegorocznych wyborach tylko jeden kandydat, Mehdi Karrubi, jest duchownym. Czy można wysunąć tezę, że perspektywa kolejnych czterech lat pod rządami Ahmadineżada wszystkich zelektryzowała? Irańczycy własnym wysiłkiem krok za krokiem zaczęli napędzać się do działania. Jedni otrząsnęli się z letargu, inni, odczuwając dotkliwie 4-letnią prezydenturę Ahmadineżada, zmienili zdanie o 180 stopni. Oto ludzie, którzy jeszcze cztery lata temu, ba, być może nawet w 2008 przed wyborami do organu ustawodawczego byli zwolennikami bojkotowania tej „nibyelekcji”, teraz nawołują do pójścia do urn. Choćby poseł do pierwszego parlamentu Islamskiej Republiki Iranu Hasan Jusefi-Eszkewari, którego zdaniem „suma posunięć dziewiątego rządu i osoba jego przewodniczącego są przekonującym argumentem za tym, że w wyborach udział wziąć trzeba”, bo przecież ich bojkotowanie „nie jest czymś wiecznym”(2) . Choćby studenckie Organizacje Muzułmańskie, do tej pory zaliczające się do grona „tahrimi”, zwolennników bojkotu wyborów. Pod wpływem obaw, że Ahmadineżad może dostać do rąk ster rządów na kolejną kadencję, studenckie Organizacje Muzułmańskie 54 uniwersytetów całego kraju ogłosiły 14 maja na teherańskim Uniwersytecie im. Amira Kabira(3) swoją deklarację przedwyborczą. Zaczyna się ona od słów: „Dokonania 9. rządu są negatywne i nie do obronienia i dalsze jego panowanie pociągnie za sobą jeszcze bardziej niepokojące perspektywy dla państwa.” W kolejnych ustępach studenci krytykują całokształt posunięć Ahmadineżada w sferze gospodarki, sytuacji społeczno-politycznej, nauki oraz polityki zagranicznej, stwierdzając, że najciężej jego rządy odbiły się właśnie na uczelniach. Zawarte na końcu przesłanie manifestu brzmi: „NIE dla Ahmadineżada”. Wychwytując niczym wrażliwy czujnik coraz gorętszą atmosferę w Iranie oraz mając świadomość, że główny problem związany z wyborami to decyzja, czy należy je bojkotować, czy też nie, perskojęzyczna strona BBC zainicjowała pod koniec maja serię zatytułowaną „Man wa entechabat”, „Ja i wybory”, w której znani irańscy politycy, działacze, naukowcy i ludzie kultury, mieszkający w Iranie i na emigranci mogą wypowiadać się na temat 10. wyborów prezydenckich i wyjaśnić, dlaczego zamierzają wziąć w nich udział bądź je zbojkotować. Znamienne – właśnie dlaczego podjęli taką a nie inną decyzję na temat udziału w wyborach, nie zaś dlaczego wybrali takiego, a nie innego kandydata. Od zamieszczenia pierwszej wypowiedzi w tej serii z 26 maja do 8 czerwca, gdy powstawał ten artykuł, z możliwości zabrania głosu skorzystało w sumie dwadzieścia osób. Są wśród nich dwie kobiety, działaczka feministyczna Mehrangiz Kar oraz była posłanka Fateme Haqiqidżu. Są inni posłowie do Madżlesu, sekretarz generalny Ruchu Wolności Iranu Ebrahim Jazdi, doradca reformatorskiego kandydata Mehdiego Karrubiego Mohammad Ali Abtahi, a nawet doradca konserwatywnego kandydata Mohsena Rezaiego, Sadeq Tabatabai, co pozwala wnosić, iż perska strona BBC cieszy się o ile nie poparciem, to przynajmniej akceptacją części ludzi związanych z reżimem. Warto wspomnieć także o Mohsenie Sazegara, który historycznego 1 lutego 1979 roku leciał w samolocie, wiozącym Chomeiniego do pulsującego rewolucją Iranu. Sazegara działał potem u boku Chomeiniego, był twórcą formacji Strażników Rewolucji i zastępcą drugiego prezydenta Islamskiej Republiki Iranu, by następnie popaść w niełaskę, trafić do więzienia i w końcu wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Spośród ludzi kultury swoje zdanie wyrazili: autor głośnej ostatnio w Iranie książki „Kafe Piano” („Kawiarenka »Pianino«”) Farhad Dżafari, dwaj literaci zmuszeni wskutek prześladowań do emigracji, Abbas Marufi i Faradż Sarkuhi oraz reżyser i aktor filmowy Ali Mosaffa. Na tę dwudziestkę aż 15 autorów uważa, że należy głosować. Dwóch jest zdania przeciwnego, dwóch nie precyzuje swojego stanowiska. Brak jeszcze jednej opinii – mieszkającego w Niemczech Abbasa Marufiego. On chciałby wziąć udział w wyborach, jednak ze swoimi uchodźczymi papierami nie jest do tego uprawniony. Co dla nas tu ciekawe i istotne, spośród piętnastki, opowiadającej się za udziałem w tegorocznych wyborach, parę osób w przeszłości było zwolennikami bojkotu. Choćby Mehrangiz Kar czy Abbas Milani. Przyjrzyjmy się bliżej ich aktualnym stanowiskom. Mehrangiz Kar, irańska prawniczka, felietonistka i działaczka na rzecz praw kobiet, inicjuje serię. Czy będzie głosować? „Ależ oczywiście”, pisze już w pierwszym zdaniu. Dla niej, „zważywszy na obecną sytuację, udział w wyborach jest potwierdzeniem irańskiego obywatelstwa.” Jak argumentuje, parę lat życia na emigracji przekonało ją, że demokrację wypracowuje się stopniowo. „Doświadczenia zdobyte w Ameryce i w Iranie nauczyły mnie,” wyznaje, „że każdą, najdrobniejszą nawet okazję dla osiągnięcia demokracji należy chwytać obiema rękami. Droga jest długa. (...) Rozbieżności zdań w Stowarzyszeniu Duchowieństwa Walczącego, w obozie fundamentalistów, wśród zwolenników reform oraz w Madżlesie mogą stanowić rysę, która w przyszłości pozwoli rozwinąć się dojrzałym ruchom demokratycznym.” Kar zauważa, że „[g]dyby nie euforyczna elekcja Mohamamda Chatamiego i te wszystkie błędy, które mamy za sobą, gdyby nie te wszystkie tarcia w kraju i na arenie międzynarodowej za kadencji Mahmuda Ahmadineżada, nie bylibyśmy teraz świadkami zgodnego i zjednoczonego poparcia dla udziału w głosowaniu.”(4) Abbas Milani jako drugi wypowiedział się w ramach serii „Ja i wybory”. Ten irański badacz najnowszej historii swojego kraju zyskał uznanie w Stanach Zjednoczonych i w Iranie książką o ostatnim, wieloletnim premierze szacha Amirze Abbasie Howejdzie straconym wyrokiem sądu rewolucyjnego. Artykuł Milaniego z 27 maja jest kontrowersyjny, ale przy tym pisany z szerokiej perspetywy, dlatego pozwalam sobie przytoczyć obszerniejsze jego fragmenty. Jak się rzekło, podobnie jak Mehrangiz Kar i liczne grono irańskich intelektualistów, cztery lata temu Milani uważał, iż „ze względu na nadzór Rady Strażników udział w elekcji to jedynie ułuda,” nie mogąca przynieść konkretnych rezultatów. I podobnie jak Kar pod wpływem wydarzeń minionego okresu zmienił zdanie. „[O]statnie cztery lata dowiodły”, pisze on, „iż moje stanowisko samo było ułudne i idealistyczne. Uważało się, że skoro wybory nie są stuprocentowo wolne, to nie należy brać w nich udziału. Nawet w Stanach Zjednoczonych są ludzie, całkiem nawet liczni, którzy twierdzą, że elekcje w tym kraju nie są w stu procentach wolne. Uważają oni, zresztą nie bez racji, że bogacze mają w nich więcej do powiedzenia niż reszta społeczeństwa. Ale w takich właśnie wyborów raz wygrywa człowiek na miarę Baracka Obamy, kiedy indziej znów ktoś taki, jak George Bush, a trudno zaprzeczyć, że dość znacznie się od siebie różnią.” W nawiązaniu do swojego poprzedniego, probojkotowego poglądu Milani stwierdza: „Powiadali, że udział w wyborach oznacza legitymizację i umocnienie panującej sytuacji. Zapomnieli jednak, iż niewzięcie w nich udziału w warunkach, gdy na horyzoncie nie widać żadnej rozsądnej i realnej alternatywy, to umocnienie najfatalniejszej wersji owej »panującej sytuacji«. W ciągu minionych trzydziestu lat przekonaliśmy się o tym, że »panująca sytuacja« może przyjmować różne oblicza i czasem chodzi o dokonanie wyboru między jej formą niebezpieczną i szkodliwą, a postacią zaledwie nieprzyjemną. Nieprzystąpienie do takich wyborów to przekazanie prawa do dokonania wyboru ludziom, którzy sterują i zarządzają »panującą sytuacją«.” W aktualnej sytuacji udział w wyborach oznacza dla badacza „zrobienie użytku z przysługującego ludzim prawa i stanowi część demokratycznego dziedzictwa narodu.” Jakiego demokratycznego dziedzictwa? Dziedzictwa rewolucji. Według Milaniego „rewolucja irańska była zrywem demokratycznym. Wszyscy chcieli niepodległości, wolności i republiki islamskie i takie wznosili hasła.” Historyk zatrzymuje się trochę dłużej na istotnych w tym kontekście wydarzeniach tamtych lat. „Interpretując tę wolę,” pisze on, „podczas swojego pobytu pod Paryżem ajatollach Chomeini wielokrotnie mówił z naciskiem i otwarcie, że duchowieństwo nie będzie mieszać się w sprawy polityki. W tamtym okresie ani razu nie użył terminu welajat-e faqih, zwierzchnictwa uczonego w prawie muzułmańskim(5). Jak wiadomo, po jego przylocie do Iranu wyszło szydło z worka i okazało się, że wszystkie te obietnice były po prostu rodzajem światopoglądowej symulacji, taqije(6). (...) Prawo do udziału w wyborach jest zatem częścią praw, przysługujących Irańczykom i elementem tego demokratycznego ruchu [rewolucyjnego – I. N.]. Jeżeli na skutek selekcji kandydatów duchowni zaanektowali część tego prawa, nie należy oddawać im samej jego istoty.” Następnie autor pisze: „Wybory sprzed czterech lat jasno pokazały, że nawet w tych mocno ułomnych, ograniczonych i niedemokratycznych ramach, gdy Rada Strażników wyłuskuje sobie kandydatów, a niekiedy nawet samowolnie wpływa na ostateczny wynik, opowiedzenie się za tą, nie inną osobą może w znamienny sposób wpłynąć na warunki codziennego życia ludzi, na sytuację ekonomiczną kraju i sytuację kulturalną społeczeństwa, na skalę i charakter cenzury, pozycję kobiet, miarę represji, jakim są poddawane i zakres posunięć antyfeministycznych a w końcu również na położenie Iranu (a co za tym idzie także Irańczyków) na arenie międzynarodowej.” To stwierdzenie jasno pokazuje, że historia jest jednak nauczycielką i że ludzie umieją wyciągać wnioski z przeszłych potknięć. Badacz kończy swój artykuł w tonie poetyckm: „Doświadczenie historyczne dowiodło, że mimo wadliwości wyborów można zmusić uzurpatorów do ustąpienia choćby o krok, dzięki czemu nad większą częścią naszego domu, naszej ojczyzny, zabłyśnie blask wolności i rozjaśnią go ludzie niewytypowani samowolnie.”(7) Na skraju przepaści Do bojkotczyków nie należał doradca Karrubiego, były zastępca prezydencki Mohammad Ali Abtahi. W swoim artykule z serii „Ja i wybory”, trzecim z kolei, analizuje on ich racje i próbuje na nie odpowiedzieć. Ich główny argument sprowadza się do konstatacji, że irańskie elekcje to – w ich przekonaniu – „mamienie oczu wyreżyserowane przez reżim po to, by zablokować drogę do ewentualnych zmian, umocnić fundamenty systemu i potwierdzić jego prawomocność.” Inny zarzut mówi o tym, że „wszyscy kandydaci to i tak część systemu, bo muszą zostać zatwierdzani przez Radę Strażników, przez co dla wielu własnych [czyli reformatorskich – I. N.] kandydatów drzwi pozostają zamknięte.” Jeszcze inna grupa, jak wymienia doradca Karrubiego, „jest przekonana, że Ahmadineżad to najlepszy kandydat do tego, by umożliwić upadek reżimu i że należy wstrzymać się od udziału właśnie po to, by ułatwić mu wygraną.” Abtahi nie jest zwolennikiem obalenia reżimu ani nie uważa, by podobne wizje były realne i w jego przeświadczeniu stanowisko to podziela większość rodaków. Po tym przeglądzie argumentów wysuwanych przez tahrimich Abtahi przechodzi do krytyki ich spojrzenia. Jego zdaniem realistycznie myślący politycy nie bawią się w planowanie przyszłości hipotetycznego państwa. „Musimy myśleć o Iranie faktycznym”, stwierdza on, „takim jakim jest teraz i jego właśnie przyszłość planować.” Fakty są zaś takie, że przez cztery ostatnie lata urząd prezydenta sprawował Ahmadineżad i w tym czasie Iran spotkało wiele złych rzeczy. Jak pisze Abdahi: „Ucierpiały honor i godność irańska, skłócono nas z całym światem i podczas czteroletniego funkcjonowania obecnej władzy ONZ ogłosiło trzy rezolucje przeciwko Iranowi, tak że ludzie czują się przygnieceni problemami ekonomicznymi wynikłymi z przyjętych przez władzę praktyk politycznych”. Abtahi przypomina, że kapitał państwa, który wzrósł, gdy cena jednej ropy naftowej skoczyła do 150 dolarów za baryłkę, został roztrwoniony w darowiznach. Dlatego w jego przekonaniu należy koniecznie wziąć udział w wyborach: „[J]edyne wyjście z obecnego położenia to liczny udział w wyborach i jest to najmniej szkodliwe wyjście, wziąwszy pod uwagę obecną sytuację państwa.”(8) Stwarzają one realną szansę wyrwania władzy wykonawczej z rąk ludzi skłonnych do szkodliwych dla kraju działań i zapewnienia względnie swobodnej atmosfery. „Moim zdaniem tym razem wybory stanowią nie tyle wsparcie systemu, co narodu wraz z jego pełną wspaniałych momentów historią, wsparcie, które dzięki istotnej zmianie kursu może uratować kraj i wyrwać go znad tej przepaści, nad którą zawisł.” Przenośnia z przepaścią nie jest obrazem wymyślonym przez Abtahiego. Jako pierwszy posłużył się nią konserwatywny kontrkandydat Ahmadineżada, Mohsen Rezai. Inaugurując 3 maja swoją kampanię wyborczą wypowiedział on, jak się właśnie przekonaliśmy, szeroko i chętnie przytaczane, mocne słowa: „Iran ma do wyboru dwie drogi – albo się cofnie, albo runie w przepaść”. Rezaiemu chodziło tutaj o sytucję gospodarczą Iranu, dotkliwie nękanego przez bezrobocie i inflację. Z szacunków wynika bowiem, że za prezydentury Ahmadineżada ceny skoczyły dwukrotnie, a wartość perskiej waluty spadła o około 20%, zaś w ostatnim roku – o jakieś 25% (dla porównania Chatami zdołał za swojej prezydentury zbić inflację do 10%). Internet medium wprzęgniętym w kampanię Tak naprawdę grupie rządzącej bojkot wyborów i niska frekwencja byłyby na rękę. Wiadomo, że stronnicy urzędującego prezydenta – a jest ich około 30% – stawią się na wyborach. Większa liczba głosujących nie jest im zatem potrzebna, co więcej, podkopie szanse Ahmadineżada na wygraną. Emigracyjny dziennikarz Faradż Sarkuhi stwierdza, że „w tych wyborach bojkot wyjdzie na korzyść prezydentowi, bo większość jego zwolenników na niego zagłosuje”(9). Takie samo przekonanie wyrażają w swoich artykułach z serii „Ja i wybory” była posłanka Fateme Haqiqatdżu, mówiąca, że „[m]aksymalna frekwencja to jedyny sposób, by zapobiec ingerencji w wybory ze strony organów nadzorczych”(10) oraz Mohammad Ali Abdahi, który pisze dobitnie: „Niewzięcie udziału w wyborach to najlepszy upominek dla Ahmadineżada”. Rachunek jest prosty: jeżeli Irańczycy nie chcą kolejnych czterech lat rządów Ahmadineżada, któryś u jego przeciwników musi zdobyć ponad 30% głosów. Te cyfry działają na świadomość mającej bardziej liberalne oczekiwania części społeczeństwa. Na „weblogestanie”, jak mówią w Iranie, czyli w blogosferze, prawie wszyscy zachęcają do udziału w wyborach, podczas gdy cztery lata temu, przed poprzednimi wyborami prezydenckimi, było dokładnie odwrotnie. Wtedy nawoływano do bojkotu. W e-mailowych okólnikach wypowiadają się sami reformatorscy kandydaci i ich zwolennicy, a także ludzie, którzy po prostu chcą uświadomić rodakom, jak bardzo konieczne jest pójście do urn. Często są to znane osobistości, jak na przykład najwybitniejszy żyjący irański instrumentalista grający na santurze (irańskich cymbałach), Parwiz Meszkatian, który normalnie nie angażuje się w świat polityki. Do internetu imigrowała w dużym stopniu kampania przedwyborcza Musawiego i Karrubiego, którzy nie mogą swobodnie wypowiadać się w rządowych mediach. Stał się on wielkim forum do przekazywania informacji o spotkaniach, do zachęcania, wyjaśniania i przekonywania. Zwłaszcza strona Musawiego na Facebooku, na którą zapisało się ponad 5 tysięcy jego zwolenników. Reakcja władz? Dwudziestego czwartego maja zablokowały w Iranie dostęp do Facebooka, po to tylko, by po dwóch dniach, zapewne pod wpływem powszechnej, negatywnej reakcji na to posunięcie, ponownie przywrócić możliwość korzystania z niego. Zresztą internet od samego początku podbił serca i umysły Irańczyków, a oni podbili internet. Parę lat temu słodka mowa perska była trzecim językiem po angielskim i chińskim w wirtualnym świecie, a gdy Polacy dopiero dowiadywali się o istnieniu czegoś takiego, jak blogi, w Iranie młodzież już wstukiwała na klawiaturze swoje historie, tak że nastąpiła eksplozja blogów, a niektórzy blogerzy trafili nawet do więzień. Wracając jednak do wyborów. Im są bliższe, tym Irańczycy dostają więcej e-maili rozsyłanych do możliwie największej liczby internautów. Olbrzymia większość niesie zgodne przesłanie: Na miłość boską, idźcie do urn! Nie śpijcie. Tak się składa, że po persku „sen” to „chab”, która to sylaba zupełnie przypadkowo i bez związków etymologicznych występuje w wyrazie „wybory”, „entechabat”. Ktoś wpadł na pomysł, by rozsyłać taki oto e-mailik: „To mają być wybory – ENTECHABAT, a nie spanko – enteCHABat”. W pospolitym ruszeniu mobilizującego się narodu ktoś sprepartował żarcik z urzędującym prezydentem w roli głównej. Oto kadr, na którym Ahmadineżad – nawiasem mówiąc częsty bohater dowcipów niczym u nas barwna postać prezydenta z Gdańska – ucharakteryzowany jest na cwanego grajka ulicznego. Jako żywo z ulicy Czerniakowskiej w Warszawie, tylko beret nie w kratkę, a jednolicie czarny. Do tego w rękach skrzypki, zęby wyszczerzone w szyderczym uśmiechu. I podrygujące brwi. Przygrywa muzyczkę do akompaniamentu bębna tombaku. Pod scenką odezwa: „Drodzy Rodacy! Nie idąc głosować [ten fragment na czerwono – I. N.] zrobicie mi największą przysługę i powiecie mi TAK. Życzę Wam sukcesu w Waszej porażce!” Na poważnie tę samą obserwację czyni w swoim tekście do serii „Ja i wybory” zamieszkały w San Francisco pisarz i dziennikarz irański, który do tej pory raz jeden w życiu głosował – na Baracka Obamę: „Wiem, że pan Ahmadineżad chce, żebym nie brał udziału w wyborach. Wiem, że jeśli oddam głos, on jeden głos straci, a jego rywale jeden głos zyskają”(11). Historyczna debata Ahmadineżad-Musawi Jak na to wszystko reaguje Ahmadineżad? Próbuje ratować swoją pozycję na różne sposoby. Jak podał 28 maja serwis perski radia Deutsche Welle uciekł się na przykład do taniej metody przyciągania ludzi darami. Próbował zaskarbić sobie ich poparcie, rozdając za darmo ziemniaki i pomarańczki, a studentom wręczając bony na książki. Zrozumiałe, że ta metoda populistycznej propagandy wywołała głosy krytyki. Przede wszystkim ze względu na to, że Ahmadineżad wykorzystuje w ten sposób pieniądze z budżetu, pieniądze narodu. Inna przyjęta przez niego taktyka to sprawdzony wszak sposób obrony – atak. W ramach bezprecedensowego w Iranie elementu kampanii w tym roku w Programie III irańskiej telewizji państwowej stworzono kolejnym parom kandydatów okazję do bezpośredniej dyskusji i to trwającej aż półtorej godziny. Od 2 do 8 czerwca z przerwą na wolny od pracy piątek każdy spotkał się w emitowanej na żywo debcie z każdym. Najważniejsza konfrontacja miała miejsce drugiego dnia, gdy przy jednym stole zasiedli Ahmadineżad z Musawim. Jak się ocenia Musawi jest jego najgroźniejszym rywalem. W ankietach zdobywa więcej głosów, cieszy się poparciem Chatamiego, zyskał sympatię dużej części postępowego elektoratu żeńskiego, m.in. dzięki swojej małżonce Zahrze Rahnaward, która występując u boku męża – kolejna nowość zaistniała przy okazji tegorocznych wyborów Iranie –, porusza sprawy kobiet. W tej historycznej debacie z Musawim, którą oglądało 50 mln Irańczyków, Ahmadineżad zadawał ciosy na prawo i lewo. Skrytykował, czy jak to sam określił, „obnażył nadużycia i błędy” rządów minionych 24 lat: Chatamiego, przed nim Rafsandżaniego oraz premierostwo Musawiego, zakwestionował profesjonalne kompetencje żony swojego oponenta Zahry Rahnaward, uznanej doktor nauk politycznych. Taka wszechkrytykancka postawa Ahmadineżada wywołała burzę reakcji. Że wspomieć tylko o jego byłym rywalu w poprzednich wyborach – politycznym olbrzymie Rafsandżanim. Nie tylko myśli on o wniesieniu skargi do sądu, nie tylko domaga się prawa do skontrowania przed kamerami postawionych sobie zarzutów, lecz w ramach rewanżu wzywa po prostu wszystkich do udziału w wyborach. Partner dla Obamy Widać więc, że wśród zwolenników społeczeństwa obywatelskiego nastąpił zwrot poglądów. Jak zauważa każdy obserwator wydarzeń w Iranie, w tym roku wyraźnie zmalała liczba tahrimich. Nauczeni skutkami zastosowanego w poprzednich wyborach prezydenckich bojkotu, sparzeni doświadczeniem ostatnich czterech lat uznali, że tamta strategia była niewłaściwa i w tym roku nie zamierzają jeszcze raz popełniać tego samego błędu. Chcą przed nim uchronić innych. To było fascynujące obserwować, jak ledwie zrazu ciurkająca strużka zainteresowania wyborami zamieniała się w wartki, radosny nurt, jak naród sam się motywował do działania. Zapanowała istna gorączka, pasja, euforia przedwyborcza. Zwłaszcza odkąd zaktywizowała się tak ważna w Iranie młodzież. Ważna, bo bardzo liczna, przez co głos może zaważyć na wyniku elekcji – tak jak to miało miejsce w 1997 roku, gdy wygrał Chatami. Piątego czerwca, czytaj – w dwa dni po pamiętnej debacie Ahmadineżad-Musawi – tłumy młodzieży, także dziewczyny, zebrały się na przykład na placu Wanak w północnym Teheranie na „karnawale przewyborczym”, przy czym większość demonstrantów stanowili zwolennicy tych dwu głównych kandydatów. Wciąż coś się dzieje i zapał narasta. Pozostaje mieć nadzieję, że 12 czerwca naród irański wybierze takiego prezydenta, na jakiego zasługuje i podobnie jak w Stanach Zjednoczonych wraz z wyborem Obamy, w Iranie również nastanie nowa era. Przypisy (1) Por.: www.bbc.co.uk/persian/iran/2009/06/090604_pm_ir88_maroufi_elec_i.shtml. (2) Por.: www.bbc.co.uk/persian/iran/2009/06/090601_pm_ir88_elec_i_eshkevari.shtml. (3) Uniwersytet im. Amira Kabira to jedna z najbardziej upolitycznionych uczelni w Iranie o wolnościowo nastawionych studentach. Niemal od samego początku prezydentury Ahmadineżada nie sympatyzowali z nim. Kiedy 6 grudnia 2006 roku odwiedził ten uniwersytet, na znak protestu trzymali jego zdjęcia do góry nogami. Wielu działaczy organizacji studenckiej z tej wszechnicy wiedzy zostało aresztowanych. (4) Ten oraz poprzedni cytat z artykułu Mehrangi Kar: www.bbc.co.uk/persian/iran/2009/05/090526_pm_ir88_elec_i_kar.shtml. (5) Zasada welajat-e faqih legitymuje de facto zwierzchnictwo najwyższego, religijnego przywódcy kraju, rahbara, którym najpierw był Chomeini, zaś od jego śmierci w 1979 roku jest nim Chamenei. (6) Taqije – w islamie szyickim prawo wiernych do wyparcia się wiary w słowie i czynie (nie w duchu), jeżeli wymagają tego okoliczności i jeżeli inna postawa groziłaby śmiercią. (7) Wszystkie cytaty z artykułu Abbasa Milaniego: www.bbc.co.uk/persian/iran/2009/05/090527_pm_ir88_elec_i_milani.shtml. (8) Cytaty z wypowiedzi Abtahiego: www.bbc.co.uk/persian/iran/2009/05/090528_pm_ir88_elec_i_abtahi.shtml. (9) Por.: www.bbc.co.uk/persian/iran/2009/05/090529_pm_ir88_elec_i_sarkoohi.shtml. (10) Por.: www.bbc.co.uk/persian/iran/2009/05/090530_pm_ir88_elec_i_haghighatjoo.shtm. (11) Por.: www.bbc.co.uk/persian/iran/2009/06/090607_pm_ir88_elec_i_negahi_.shtml.
|
Bez lichwy. Czy możn...
reply this post - When you are in the...
Obraz Jezusa w Koran...
świetna, warto
Typowy Arab - Jaki j...
*** - Znam ( swoja byłą nauczycielkę ...
Typowy Arab - Jaki j...
Typowy Arab - Jaki j...
;( - Gdyby było tak w Chrześcijaństwi...