|
„Byłem jak koń, który z góry wyczuł, że w powietrzu wisi coś złego. Widziałeś, jak gałki oczne wychodzą mu z orbit, jak strach, który zakiełkował mu w głowie, wylatuje huraganem przez drżące chrapy? Widziałeś, jak rży i bije kopytami o ziemię?
Nie, ja też tego nie widziałem. Gdybym jednak był koniem, właśnie tak dałbym wyraz swojemu przerażeniu [...]. Ale ani nie zarżałem, ani nie zacząłem bić kopytami o ziemię. Biorąc po kilka stopni naraz, zbiegłem szybko po schodach i nacisnąłem dzwonek mieszkania na czwartym piętrze.” (s. 7) Tak zaczyna się powieść irańskiego dramaturga, reżysera teatralnego i kompozytora zamieszkałego we Francji, Rezy Qasemiego (w nowej ojczyźnie pisany: Ghassemi) „Nocny koncert orkiestry drewnianych desek”. Po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1996 Stanach Zjednoczonych, zaś po publikacji w Iranie przyniosła autorowi liczne nagrody i doczekała się kilku wydań. Szóste piętro paryskiej kamienicy. Pokoiki na poddaszu, wspólna łazienka na korytarzu. Lokatorów los w ten zakątek rzucił, czy właśnie w nim ich przygarnął. Posunięty w latach komunista Eric Francois Schmidt, właściciel piętra, wiedziony ideą zaprowadzenia sprawiedliwości społecznej wynajmuje je emigrantom z Iranu, z komunistycznej jeszcze Europy Wschodniej oraz różnym ludziom niewpasowanym w ustatkowane społeczeństwo. Nie pyta ich o dokumenty, o paszporty ani wizy, nie zważa na ich poglądy (stąd uciekinier z komunistycznej Czechosłowacji), nie egzekwuje ze stalową bezwzględnością zaległego komornego. Szóste piętro paryskiej kamienicy. Miejsce akcji zamknięte niczym scena teatru, z której to formy wywodzi swój rodowód artystyczny autor. Można rozszerzyć nośność symboliczną tych pokoików na poddaszu i widzieć w nich obraz życia w Iranie, czy współczesnego społeczeństwa w ogóle. W jednym z pokoi mieszka nienazwany z imienia narrator i zarazem główny bohater powieści. To emigrant z Iranu. Pisuje, maluje, żyje przeszłością. Choć stara się nie zajmować sprawami innych i poza rodakami, przyjacielem Sejjedem i Ra’ną, która pewnego dnia się do niego tymczasowo wprowadziła, nie utrzymuje bliższego kontaktu z sąsiadami z piętra, to mimo woli uczestniczy w tym mini światku. Chociażby przez świat dźwięków. Słychać „Carmen” Bizeta, zagłuszającą nocne igraszki Emanuelle i Geana, po pewnym czasie nieudane z powodu niemocy kochanka, słychać jęki żony policjanta, dziwne odgłosy z pokoju żylastego fanatyka chrześcijańskiego Prophète’a, czyli Proroka, kroki na korytarzu, otwieranie i zamykanie toalety, syfon do spuszczania wody. Hałasy się wzmagają i zagęszczają. Benedicte wciąż piłuje i piłuje, miauczy jej kot. Stają się to nie do zniesienia, gdy Feridun zaczyna budować w pokojach dodatkowe drewniane pięterka z suchych desek wykradzionych francuskiej firmie – w zamian za skradzioną z Iranu naftę, jak zaznacza pisarz. Nocą trzeszczą one przy każdym ruchu śpiącego, dając w efekcie tytułowy „nocny koncert drewnianych desek” (s. 154). Pewnej nocy słychać łomot do drzwi, trzask rozbijanych mebli, w końcu – głos Sejjeda, wzywającego narratora na pomoc. Kiedy ten dobiega do jego pokoju, widzi przyjaciela na ziemi, a nad nim Prophète’a, przytykającego mu nóż do gardła. O mały włos nie doszło do zabójstwa. Tym razem... Od tej chwili nie tylko zaczyna się nowy etap egzystencji na poddaszu, ale też coś się kończy. Wraz z atakiem fanatyka religijnego lokatorom odebrane zostało poczucie bezpieczeństwa i intymności. Uświadomili sobie, że w tym świecie cienkich ścianek nic tak naprawdę nie może pozostać sprawą prywatną, że wszystko się upublicznia. O co chodziło Prophète’owi? Z czasem narratorowi udaje się poznać jego motywy. Otóż kierował nim „głos Boży”, który kazał mu ukarać grzesznika (Sejjed zaczął sypiać z byłą kochanką narratora, Ra’ną). Prophet ostrzega narratora, że coś złego czeka lokatorów spod 6 i spod 12. Pod 12 mieszka sam narrator. Jego poczucie zagrożenia wzmaga się i zagęszcza w harmonii z zagęszczaniem się hałasów. Element zagęszczenia uwidocznia się także w konstrukcji powieści. Z początku poszczególne wątki przeplatają się ze sobą w szybkim rytmie krótkich podrozdziałów, tworząc luźny warkocz czy oddzielne strugi z pozoru niepowiązanych ze sobą ciągów akcji. W miarę postępu lektury warkocz się zacieśnia, strugi zlewają ze sobą w większe rzeczki i odległości między wątkami maleją, aż w końcu rzeczki łączą się razem i przyspieszają, zaczynają płynąć jednym wartkim nurtem. Widać tu praktykę muzyczną autora, który buduje utwór z odrębnych motywów, powraca do nich w obranym przez siebie rytmie i w miarę rozwoju utworu ściąga je coraz bliżej siebie, aż pod koniec zgrywają się one w jedną całość i rozbrzmiewają zrozumiałą dla odbiorcy harmonią, osiągając moment kulminacyjny. W trzecim od końca podrozdziale wracamy do sceny początkowej. To kolejny element konstrukcyjny, lubiany zresztą przez pisarzy – spięcie powieści klamrą. Reza Qasemi nie tylko nawiązuje do początkowego wydarzenia, po tym jak dał już czytelnikowi w kolejnych retrospekcjach pełne tło do jego zrozumienia, ale przywołuje znany i sugestywny obraz z pierwszego paragrafu: „Byłem jak koń, który z góry wyczuł, że w powietrzu wisi coś złego. Ale ani nie zarżałem, ani nie zacząłem bić kopytami o ziemię. Biorąc po kilka stopni naraz, zbiegłem szybko po schodach i nacisnąłem dzwonek mieszkania na czwartym piętrze.” (s. 194). Pomysłowy jest inny jeszcze element konstrukcyjny książki – splatanie się ze sobą różnych światów, akcji w jej paryskiej rzeczywistości oraz rozmowy w zaświatach, realności i surrealności. Jeden z wątków tego warkocza to świat po śmierci, sąd nad bohaterem. Dwaj jego sędziowie, których w myślach nazywa Faustem z filmu Friedricha F. Murnaua i Indianinem z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, analizują z nim razem motywy działania jego samego, Sejjeda i Ra’ny (co wzbogaca dzieło o wymiar psychologiczny). Jakby tego zachodzenia na siebie płyt tektonicznych powieściowej rzeczywistości było mało, w iście Calvinowskiej wolcie fantazji narrator sądzony jest za swoją książkę, która nosi tytuł... „Nocny koncert orkiestry drewnianych desek”. Jeszcze za jego życia okazała się ona być antycypacją faktycznych wydarzeń i opisem faktycznych ludzi, z którymi z czasem związał go los. Coś, co sam niedyś wymyślił, zaczęło się urzeczywistniać. Kiedy zauważył tę zadziwiającą zbieżność, chwycił za pióro i już, już miał ingerować w akcję powieści, gdy uświadomił sobie, że podobna zmiana odbiłaby się negatywnie na jej walorze artystycznym. Stanął przed wyborem – dobro powieści albo dobro własne. Wybrał to pierwsze, głos twórcy w nim przeważył. Zwłaszcza że, jak wypomniał mu znajomy Bernard, miał w sobie instynkt autodestrukcyjny (s. 155). To zresztą także jeden z zarzutów w zaświatach, negowanie samego siebie. Czy to nie wyborne? Sama powieść Rezy Qasemiego „Nocny koncert orkiestry drewnianych desek” bohaterką „„Nocnego koncert orkiestry drewnianych desek”. Znów trochę jak u Calvino, ale jednak inaczej. Za życia narratora niewydana, po jego śmierci nie tylko ukazała się drukiem, ale wpłynęła na losy bohaterów, czyli na własną akcję, na samą siebie. Podczas zaświatowego sądu cytowane są narratorowi zdania z jego powieści. Co więcej, dwoje postaci „Nocnego koncertu orkiestry drewnianych desek”, Ra’na oraz Eric Francois Schmidt w tejże powieści przeczytało tęże powieść. Dla obojga okazało się to fatalne w skutkach. Ra’na po lekturze obnażona przed sobą samą rzuciła się pod pociąg. Eric też nie wytrzymał szoku, gdy się dowiedział, co działo się w wynajmowanych przezeń pokojach szóstego piętra paryskiej kamienicy. A narrator? Narrator po sądzie w zaświatach za karę zesłany został z powrotem do kamienicy, do „piekielnej doliny”, ale w innej, całkiem niespodziewanej formie. O parę stopni niżej w łańcuchu biologicznym... Tak to surrealistycznie kończy się powieści. W „Nocnym koncert orkiestry drewnianych desek” wykreowany został świat wielu wątków i wielu bohaterów. Dzieło jest wielowarstwowe. Wspomniany aspekt psychologiczny dopełniają celne uwagi na temat kobiecej psychiki. Qasemi dzieli się też z czytelnikiem swoimi przemyśleniami o życiu. Uczy, że nie wolno działać wbrew samemu sobie i na własną szkodę (taka jest wymowa powieści). Jak można było się spodziewać po Irańczyku, mówi, że nie można żyć bez miłości. Nakłania czytelnika do zadumy, choćby przez tę historię z lustrem... Narrator od czternastego roku życia nie widzi własnego odbicia w lustrze. Ukazują mu się w nim tylko martwe przedmioty. Dopiero pod koniec powieści, po tylu latach dostrzega swoją twarz. Obcą, podstarzałą twarz. Rozumie, że to wróży mu coś złego, że niechybnie zbliża się jego ostatnia godzina. Kolejny element treści to pokazanie bolesnej rzeczywistości emigracyjnej, a także napomknienie o niektórych cechach kultury Francuzów, o ich kawiarnianym życiu i zamiłowaniu do dyskusji. Przy jednej okazji dzieło w cięty sposób piętnuje znieczulicę zachodniego społeczeństwa. Gdy dotknięty impotencją i odtrącony Gean chce rzucić się z okna i Emanuelle w krzykiem go powstrzymuje, wychowany w perskiej kulturze narrator z początku nie wie, jak się należy zachować, nie wie, gdzie się kończy przyjęta obojętność. „To, że Francuzi nie wtrącają się w życie innych, z mojego punktu widzenia [...] było ich wielką zaletą. Po raz pierwszy jednak zastanawiałem się, gdzie jest granica tego nieingerowania. I do którego momentu rzeczywiście można je uważać za zaletę.” (s. 181) Mieszkająca na tym samym piętrze Francuzka Benedicte zamyka drzwi swojego pokoju i nie reaguje. Po tym jej zachowaniu „[s]tało się dla mnie jasne, jak mam postąpić”, mówi narrator. „Francuzi nawet w takich okolicznościach wolą nie wtrącać się w cudze sprawy” (s. 181-182; wypada powiedzieć, że wschodnia wrażliwość wzięła w nim jednak górę i próbował pomóc). Z przyjemnością stwierdzam, że ta powieść naprawdę jest powieścią, dobrą, wciągającą powieścią. To nie żadne rozwleczone opowiadanie, jak to się niekiedy zdarza irańskim pisarzom, z których wielu czuje się lepiej w formach krótkich, od nich zaczyna swoją karierę literacką, przy nich pozostaje i niekiedy mimo prób od nich się nie wyzwala. Qasemi zaczynał od dramatu, pod wpływem konieczności emigracyjnej przerzucił się na epikę, próbując swoich sił jako powieściopisarz. Jak widać po nagrodach, po fakcie, że pochłonęłam książkę w dwa dni i po mojej ochocie do napisana tej recenzji – z powodzeniem. Nagrody: * Nagroda dla Najlepszego Debiutu Powieściowego za rok 1380 [2001] przyznana przez Fundację Golsziriego Boniad-e Golsziri * Wyróżnienie za rok 1380 [2001] w ramach Nagrody Perły Literackie Mohregan-e Adab * Nagroda dla Najlepszej Powieści za rok 1380 [2001] Krytyków Prasowych Montaqedin-e Matbu’at Qasemi Reza, „Hamnawaii-je szabane-je orkestr-e czubha” wyd. 6, Enteszarat-e Nilufar, Teheran 1384 [2005], 207 s. ISBN: 964-448-277-8 © All Rights Reserved, Ivonna Nowicka 2008 Wszelkie cytaty i przedruki za podaniem źródła; linkowanie mile widziane
|
Bez lichwy. Czy możn...
reply this post - When you are in the...
Obraz Jezusa w Koran...
świetna, warto
Typowy Arab - Jaki j...
*** - Znam ( swoja byłą nauczycielkę ...
Typowy Arab - Jaki j...
Typowy Arab - Jaki j...
;( - Gdyby było tak w Chrześcijaństwi...