|
Przejęcie kontroli przez Hezbollah nad znaczną częścią Zachodniego Bejrutu zaczęło się strajkiem o podwyżki 7 maja 2008 roku. Jednak przebieg wydarzeń oraz przemoc jaka im towarzyszyła niewątpliwie obnażył prawdziwy cel ruchu. Od niemal czterech lat Liban zmaga się z politycznym kryzysem dotyczącym składu rządu, programu, międzynarodowego trybunału, który ma zająć się zamachem na Rafika al-Haririego, wyboru nowego prezydenta i zmiany prawa wyborczego.
Początki kryzysu Szybko stało się jasne, że za strajkiem generalnym 7 maja zwołanym przez Powszechny Związek Pracowników, związek zawodowy ściśle powiązany z opozycją, stoją nie tylko bezpośrednie i dość nijakie żądania (takie jak zwiększenie płacy minimalnej, ogólny wzrost płac i dopłaty do cen oleju i gazu). Choć takie dążenia podzielało wielu, strajk zyskał poparcie przede wszystkim sympatyków Hezbollahu i Ruchu Amal. Tymczasen związki, izby handlowe i inne organizacje zbliżone do rządzącego koalicyjnego Ruchu 14 marca apelowały do swoich zwolenników, by stawili się w pracy. Jeśli rzeczywiście tak było, ich apel istotnie zadziałał. Nawet wielu członków Ruchu Wolnych Patriotów generała Aouna zignorowało strajk pomimo, że hasła protestacyjne pokrywały się z ich własnymi. Od początku spór dotyczył czegoś zupełnie innego: rządowych decyzji z 6 maja 2008 roku, by przenieść szefa bezpieczeństwa lotniska w Bejrucie popierającego Hezbollah i wszcząć śledztwo w sprawie niezależnej sieci telefonicznej Hezbollahu. Reagując na to bezprecedensowe podważenie wojskowego aparatu, Hezbollah chciał onieśmielić rząd i koalicyjny Ruch 14 marca poprzez demonstrację siły. Nie zważając na brutalne rezultaty wcześniejszych tego typu prób szyicki ruch planował wyjść na ulice. Na początku opozycja planowała ogromną demonstrację, która miała przejść przez samo serce niestabilnych, wielowyznaniowych dzielnic Bejrutu, kończąc w Hamrze, bastionie Bloku Ruchu na Rzecz Przyszłości – głównej partii sunnickiej i ważnego członka koalicyjnego Ruchu 14 Marca. Podobnie jak strajk, demonstracja okazała się klapą. Z powodu swoich niewątpliwie prowokacyjnych pobudek została odwołana. Wraz z Ruchem Amal i innymi mniejszymi pro-syryjskimi partiami Hezbollah wzmocnił swoje stanowisko. Zorganizował tak zwany ruch nieposłuszeństwa obywatelskiego, który doprowadził do zamknięcia głównych dróg oraz lotniska w Bejrucie. 7 maja w stolicy doszło do nasilonych prowokacji i aktów przemocy. Później, w następstwie konferencji prasowej Hassana Nasrallaha, sekretarza generalnego Hezbollahu, ruch protestacyjny przekształcił się w celową i dobrze zaplanowaną operację przejęcia Zachodniego Bejrutu. W starciach szyickie bojówki Hezbollahu i Ruchu Amal zmierzyły się z sunnickimi. Z lepszym sprzętem, wyszkoleniem i dyscypliną, ci pierwsi zmiażdżyli rywali, przejmując kontrolę nad Zachodnim Bejrutem na mniej niż 12 godzin. Oznaczało to, że kontrolowali tę część stolicy, w której znajduje się siedziba rządu, znana jako Sérail oraz rezydencje wielu ważnych członków koalicyjnego Ruchu 14 marca (takich jak Saad al-Hariri czy Walid Dżumblatt). To miejsce jest również domem elektoratu Ruchu na Rzecz Przyszłości, przedstawicieli klasy średniej i wyższej. Choć wojsku udało się obronić wiele kluczowych miejsc (przede wszystkim Sérail, jak również miejsca zamieszkania Al-Haririego i Dżumblatta), Blok Ruchu na Rzecz Przyszłości był zmuszony zamknąć główne biura mediów, które złupiono lub podpalono. Podczas gdy ruchy szyickie zdają się mieć na względzie cele polityczne, zachowanie ich szeregowych członków uderzyło w wyraźną strunę religijną: uzbrojeni bojówkarze znieważyli kluczowe symbole religijne sunnitów. Nie potrafiąc stawić oporu na ziemi i stając twarzą w twarz z tym, co wielu sunnickich szejchów już opisało jako naksę (porażkę) ich społeczności, przywódcy Ruchu 14 marca zaatakowali słownie. Przejmując inicjatywę, mufti – najważniejszy autorytet religijny sunnitów – scharakteryzował Hezbollah jako siłę okupacyjną, otwarcie nawiązując do wcześniejszej okupacji Izraela. Ahmad Fatfat, sunnicki minister i bliski sojusznik Saada al-Haririego, przywódcy Bloku Ruchu na rzecz Przyszłości, oskarżył Hezbollah, że przekształca się z ruchu oporu w bojówki, porównując sytuację do ewolucji ruchów palestyńskich w Libanie na początku lat 70. XX w. – jednej z głównych przyczyn libańskiej wojny domowej. Samir Geagea, czołowy chrześcijański przywódca Ruchu 14 marca, porównał Hezbollah do irackiej Armii Mahdiego. Tymczasem Fayçal Mawlawi, sekretarz generalny Al-Dżama’a al-Islamijja (ruchu islamistycznego o silnych związkach ideologicznych z Bractwem Muzułmańskim) zaapelował do bojówek o wycofanie się z Zachodniego Bejrutu, by „ocalić honor ruchu oporu” oraz wysłanie tam arabskich sił zbrojnych. Przez cały czas sunnicy przywódcy polityczni, a także inni przywódcy potępiali „przewrót wojskowy” Hezbollahu, co powtarzali ważni reprezentanci społeczności międzynarodowej i znaczna część światowych mediów. O co chodzi? Podczas konferencji prasowej Nasrallah powiedział jasno to, co w dużej części pozostawało niewypowiedziane: główną przyczyną kryzysu był status broni Hezbollahu. Po raz pierwszy od początku długotrwałego kryzysu, rząd wycelował w jego aparat wojskowy podejmując dwie decyzje: - 6 maja przeniósł szefa bezpieczeństwa na lotnisku w Bejrucie, Wafika Szukajra, generała oskarżonego przez siły Ruchu 14 marca o niedopełnienie obowiązków i przekazywanie informacji Hezbollahowi. Szukajra przede wszystkim obwiniano za to, że pozwolił Hezbollahowi na kontrolę systemu audio-video, monitorującego pas startowy 17, z którego wylatują, i gdzie lądują przedstawiciele libańskich władz. Wpłynęło to bezpośrednio na kontrolowanie przez ruch strategicznego miejsca ważnego dla przepływu osób oraz prawdopodobnie różnego rodzaju handlu. Reakcja Hezbollahu na usunięcie Szukajra sugeruje, że grał w tej sprawie pierwsze skrzypce.
- Rada ministrów zakwestionowała „legalność i zgodność z konstytucją” niezależnego systemu telefonii należącego do Hezbollahu, opisywanego przez ruch jako niezbędna cześć aparatu wojskowego, która zapewniała tajność komunikacji wewnętrznej oraz skuteczność systemu dowodzenia i kontroli. Komunikację uważa się za kamień węgielny działań wojskowych Hezbollahu podczas wojny z Izraelem w lipcu 2006 roku. Dla rządu i sił Ruchu 14 marca, problemem nie była tylko sama sieć, lecz również jej niedawna rozbudowa i obawa, że zostanie wykorzystanaw celach szpiegowskich w Libanie albo przez Hezbollah albo przez Syrię.
Te decyzje można było podjąć dużo wcześniej. Nie zrobiono tego jednak, co odzwierciedla niepisaną płaszczyznę porozumienia pomiędzy siłami Ruchu 14 marca a Hezbollahem. Sprawa broni szyickiego ugrupowania była dyskutowana regularnie od 2005 roku, lecz dotychczas większość powstrzymywała się od podjęcia jakiegokolwiek konkretnego kroku, który zmniejszyłby zdolności operacyjne Hezbollahu. Zamiast tego próby osłabienia czy zapędzenia go w kozi róg ograniczały się do słownych potępień i politycznych manewrów. Hezbollah z drugiej strony wciąż obiecywał wykorzystywać swoją broń jedynie w walce z Izraelem, a nie podczas walk wewnętrznych. Gdy jego antyrządowa działalność mogła doprowadzić do starć wewnętrznych, cofał się o krok, zdeterminowany, by nie sprawiać wrażenia, że zachowuje się jak religijne bojówki, a nie ruch oporu. Przemoc, która ogarnęła Bejrut w tym miesiącu skończyła to niepewne status quo i pozbawiła jakichkolwiek złudzeń wobec podstawowych celów walki. W niepamięć odeszły ukryte zasady, które jednak dominowały i pozwalały na zachowanie kruchego pokoju pomimo zaciętych sporów politycznych. Członkowie Ruchu 14 marca prawdopodobnie poczuli, że mogą postawić Hezbollah w kłopotliwej sytuacji i bezpośrednio zapytać o aparat wojskowy nie prowokując gwałtownej fali przemocy, ponieważ szyickie ugrupowanie obawiało się konsekwencji starć o podłożu religijnym. Innymi słowy spodziewano się, że reakcja Hezbollahu będzie dość łagodna. Założenia te jednak nie potwierdziły się. 9 maja podczas pierwszej konferencji prasowej od czasu wybuchu wojny w 2006 roku, Nasrallah ogłosił zasadność „obrony broni własną bronią”, pogwałcając wcześniejszą obietnicę, że nigdy nie skieruje jej w stronę swoich rodaków. Następujące po wystąpieniu działania Hezbollahu były metodyczne, celowe, zmasowane, brutalne i w pełni zaplanowane. Choć reprezentanci większości przywoływali możliwość przewrotu, nie zdawał się on być celem Hezbollahu. Jego ataki miały prawdopodobnie inne cele: wysłać siłom Ruchu 14 marca jednoznaczną wiadomość, by nie sięgały po broń i udowodnić swoją wyższość wojskową oraz zdolność do obalenia rządu, jeśli zajdzie taka konieczność. Jak powiedział dobrze poinformowany członek opozycji: „Bojownicy Hezbollahu weszli do Bejrutu, ponieważ przekroczono czerwoną linię. Po raz pierwszy przedsięwzięto konkretne kroki przeciwko ruchowi oporu. Stało się to po kilkukrotnych ostrzeżeniach wysyłanych rządowi, przed pamiętnym posiedzeniem rady ministrów i nawet podczas niego.” Działając z prędkością błyskawicy, szyicki ruch podbił większość kluczowych terenów, następnie przekazał niektóre z nich wojsku, które udawało neutralność podczas walk – przede wszystkim obawiając się, że wielowyznaniowa armia może się podzielić, jeśli trzeba będzie zająć któreś ze stanowisk. Rząd Siniory nie został obalony, to znak, że Hezbollah rozumie, że jest to niebezpieczne przedsięwzięcie, oraz wie, że ciężko jest rządzić przeciwko sunnitom lub bez nich – oraz prawie bez międzynarodowego poparcia i uznania. Wysoki funkcjonariusz opozycyjny powiedział: „problemem nie jest przejęcie władzy, lecz co z nią później zrobić. W takim wielowyznaniowym systemie jaki funkcjonuje w Libanie, jeśli mielibyśmy przejąć władzę siłą, wszystkie pozostałe społeczności sprzysięgłyby się przeciw nam.” Jak wynika z relacji dobrze poinformowanego członka opozycji, działalność Hezbollahu miała jedynie na celu ochronę ruchu oporu i zakończy się jak tylko rząd sprosta jego głównym żądaniom: wycofa dwa postanowienia ministerialne oraz powróci do stołu negocjacyjnego. W skrócie mówiąc, Hezbollah nie przeprowadził zamachu stanu, nigdy nawet nie narzucił rządów bojówek na terenach wcześniej zdominowanych przez Blok Ruchu na Rzecz Przyszłości. Chodziło przede wszystkim o jednoznaczne ostrzeżenie rządu: jeśli naruszyły domniemaną umowę i zasady gry, Hezbollah nie będzie się ograniczał. Pokazał, że jeśli zostanie zmuszony, nie zatrzyma się. Mieszany bilans Jedynie z wojskowego punktu widzenia Hezbollah, wraz z jego sojusznikami, szczególnie Ruchem Amal i Syryjską Narodową Partią Socjalistyczną bezdyskusyjnie był górą. Udowodnili, że są w stanie szybko pokonać bojówki Ruchu 14 marca, nie dopuścić do siebie narodowych sił zbrojnych oraz obalić rząd. Zarówno Blok Ruchu na Rzecz Przyszłości, jak i jego przywódca Saad al-Hariri, zostali upokorzeni z taką łatwością, z jaką bojownicy przejęli tereny w stolicy zamieszkiwane przez sunnitów i obywateli różnych wyznań, przełamując jakąkolwiek obronę. Hezbollah może mieć również czuć się ustatysfakcjonowany politycznie (przynajmniej częściowo): rząd wycofał decyzje, które wywołały ostateczną rozgrywkę, podając w wątpliwość ich słuszność. Jednak sukces Hezbollahu jest w najlepszym wypadku względny i wieloznaczny. Rzeczywiście zarówno on, jak i jego sojusznicy unikali nazywania go „zwycięstwem”. Straty tego szyickiego ugrupowania są niemal równie z korzyściami. Po pierwsze jego reputacja została znacznie nadszarpnięta. O tyle, o ile jedna strona pozostawała niemal całkowicie szyicka, a druga prawie całkowicie sunnicka, walki posiadały tło religijne, coś, czego dotychczas Hezbollah niezmordowanie próbował uniknąć. Cele Hezbollahu – tereny, które sprawiają, że w oczach sympatyków Ruchu na Rzecz Przyszłości Bejrut jawi się jako miasto sunnickie – pałac Saada al-Hariri, biura premiera, który zgodnie z wyznaniowym systemem w Libanie jest sunnitą – jeszcze bardziej pogłębiły podziały religijne. Co gorsze wielu szyickich bojowników zachowywało się w sposób ordynarny i celowo prowokujący. Świadkowie donoszą, że atakowano cywilów, niszczono samochody i sklepy, obrażano słownie sunnitów i wieszano portrety prezydenta Syrii Baszara al-Assada oraz byłego prezydenta Libanu Emila Lahuda na terenach lub budynkach, które zdobyto. Choć uważa się, że większość z tych wykroczeń popełnili mniej zdyscyplinowani zwolennicy Ruchu Amal i nawet jeśli w niektórych miejscach Hezbollah próbował im zapobiec, to zachowanie głęboko zniszczyło reputację organizacji. Hezbollah nigdy wcześniej nie przypominał tak bardzo szyickich bojówek, a nie ruch oporu czasami wykraczającego poza podziały w Libanie. W rezultacie koalicja opozycyjna dowodzona przez Hezbollah odniosła poważne rany. Wolny Ruch Patriotów Aouna, najważniejszy liczebnie i politycznie sojusznik szyickiego ugrupowania zawsze usprawiedliwiał to kontrowersyjne partnerstwo tym, że Hezbollah był czymś więcej niż szyickimi bojówkami i naprawdę mógł się stać narodową partią. Kryzys wywołany przez kwestie, które nie znajdują poparcia wśród chrześcijańskich sojuszników Hezbollahu, uwidocznił słabość argumentów i sprzeczności tkwiące w samym ruchu. Trudno jest teraz określić w jakim stopniu z tego powodu Aoun stracił poparcie wśród chrześcijan, lecz zaniepokojenie Wolnego Ruchu Patriotów da się wyczuć. Cytując przywódcę związanego z Aounem: „za każdym razem, gdy Hezbollah radykalizuje swoją pozycję, my na tym cierpimy.” Co gorsza walka wzmocniła dynamikę wyznaniową, jak również nienawiść o podłożu religijnym, która z pewnością doprowadzi do powtarzających się incydentów, a w tym aktów zemsty. Podczas walk ulicznych niektórzy bojownicy szyiccy zatrzymywali ludzi na nowych punktach kontrolnych i pytali ich o wyznanie. Sunniccy przywódcy religijni próbowali za to zmobilizować swój elektorat uciekając się do niespotykanej formy retoryki religijnej. Sunnici zaskoczeni utratą Bejrutu i ich własnych braków, mogą przyjąć bardziej radykalne stanowiska i próbować zwiększyć możliwości militarne. Wielu sunnickich bojowników i zwykłych obywateli zszokowanych brakiem sprzętu i broni czuje się pozostawionych samych sobie lub nawet zdradzonych przez Saada al-Hariri. Jak twierdzi mieszkaniec dzielnicy Tarik al-Dżedida w Bejrucie, na ulice wyszło jedynie 1 500 bojowników uzbrojonych tylko w pistolety. W odpowiedzi mieszkańcy dzielnicy, bastionu Bloku Ruchu na Rzecz Przyszłości, mieli zedrzeć z wściekłości plakat popierający Al-Haririego. Szeregowi członkowie partii, wściekli na działania armii, prawdopodobnie będą naciskać na zwiększoną militaryzację społeczności. Ich zażenowani przywódcy mogą nie mieć wyboru i się zgodzić. Z drugiej strony sunnicka społeczność może zwrócić do bardziej radykalnych ruchów islamskich. Trzy dni, które doprowadziły do upadku Zachodniego Bejrutu niewątpliwie pozostawią głębokie blizny i wpłyną na sunnitów. Prawdopodobnie doprowadzi to do: z jednej strony, religijnej radykalizacji szeregowych członków zszokowanych własną słabością i postrzegających silne zagrożenie ze strony szyitów; z drugiej strony, zmniejszonej kontroli nad sunnicką bazą sprawowanej przez Blok Ruchu na Rzecz Przyszłości, obciążany przez wielu odpowiedzialnością za fiasko. Na razie połączenie rosnącej bojowniczości sunnitów i osłabiającego wpływu tych, którzy twierdzą, że ich reprezentują, doprowadziło do zwiększenia zarówno pojedynczych aktów przemocy, jak również spontanicznych aktów kolektywnej zemsty. Z czasem może to doprowadzić do wzmocnienia radykalnego ruchu dżihadu, który przedstawia się jako najbardziej zdeterminowany przeciwnik szyitów mający na celu zapewnić społeczności możliwość samoobrony. Wśród chrześcijańskich i druzyjskich członków Ruchu 14 marca, szczególnie Libańskich Sił Samira Geagei oraz Zgromadzenia Demokratycznego Walida Dżumblatta – któremu zadano poniżające ciosy w bastionie – chęć ponownego zbrojenia się może się nasilić. I w końcu, choć Hezbollah wygrał bitwę wojskową, rząd nie uległ całkowitemu osłabieniu. Nie tylko pozostał na swoim miejscu, lecz również ma pod ręką silne argumenty przeciwko opozycji, a w szczególności Hezbollahowi. Może zdyskredytować żądania szyickiego ruchu, przedstawiając go jako niebezpiecznych bojówkarzy, którzy pogwałcili wciąż powtarzaną obietnicę, że nigdy nie skierują broni wewnątrz kraju, zarówno poprzez mobilizację bazy socjalnej Ruchu 14 marca jak i społeczności międzynarodowej, która była podobnie przerażona i zła z powodu tego, co uważała za próbę przewrotu. Hezbollah widzi trochę bardziej skomplikowany obraz. Jak twierdzi źródło zbliżone do ruchu, uważa, że z trzech źródeł władzy Ruchu 14 marca (kontroli rządowej, poparcia zagranicznego i podziałów religijnych w kraju), jedynie to trzecie jest naprawdę efektywne. Zgodnie z jego poglądami, rząd już nie rządzi, a większość sojuszników zachodnich oraz arabskich nie jest zdolna wpływać na wydarzenia. Nasilające się podziały religijne stanowią jednak bardziej bezpośrednie i budzące niepokój zagrożenie. Stabilizacja? Nawet gdy Bejrut płonął, widać było oznaki kompromisu. Wygląda na to, że 15 maja doszło do porozumienia, dzień po tym, jak delegacja Ligi Arabskiej, której przewodniczył katarski premier szejch Hamas ibn Dżassem oraz sekretarz generalny Amr Mussa spotkała się w Bejrucie z partiami większościowymi oraz opozycją. Po pierwsze rząd wycofał swoje kontrowersyjne decyzje, torując drogę powrotu do normalności w stolicy i w całym kraju. Później arabska delegacja ogłosiła wielopunktowe porozumienie, które między innymi przewidywało: - powrót do sytuacji sprzed 5 maja 2008, w tym otwarcie lotniska, portów i innych głównych dróg oraz wycofania się bojówkarzy z ulic
- wznowienie dialogu narodowego, którego celem jest wybór nowego prezydenta (Michela Sulejmana, obecnego głównodowodzącego armii), stworzenie rządu jedności narodowej oraz reforma prawa wyborczego,
- inicjacja dialogu narodowego, wzmacniającego instytucje państwowe
- zobowiązanie do powstrzymania się od przemocy
- deeskalacja wojny słownej, szczególnie w przypadku ataków o podłożu religijnym oraz oskarżeń o zdradę.
To dobry rozwój wydarzeń, który tworzy podstawy dla szerszego kompromisu. Nadal jednak sytuacja pozostaje niebezpiecznie płynna. Nawet jeśli zmalała liczba aktów przemocy, wzrosły animozje religijne, chęć zemsty jest silna i istnieje wiele powodów, by obawiać się drugiej rundy. Hezbollah był świadkiem rzadkiego ataku na swój status wojskowy, siły Ruchu 14 marca widziały zaś wewnętrzne wykorzystanie broni Hezbollahu. Takie wydarzenia pozostawią głębokie blizny. Poza tym nawet jeśli unieważniono pierwszoplanową przyczynę ofensywy Hezbollahu, żaden z głębszych powodów nie zniknął. Arabska mediacja obiecuje powrót do dialogu, najtrudniejsza część przed nami. Akty przemocy kolejny raz uzewnętrzniły wybuchowe współżycie pomiędzy lokalną, regionalną i międzynarodową dynamiką: polityka wewnętrzna zyskuje szerszy kontekst (np. między Arabią Saudyjską a Iranem, między USA a Syrią), podczas gdy zagranicznych aktorów wciąga się w libańską walkę wewnętrzną. Wnioski Gdy powstawał ten raport, porozumienie Ligi Arabskiej musiało jeszcze zostać wprowadzone w życie. Szyickie bojówki nieprzerwanie kontrolowały znaczną część Zachodniego Bejrutu oraz punkty kontrolne w sunnickich i mieszanych dzielnicach. Dostęp do Zachodniego Bejrutu był utrudniony przez kopce ziemi i kamienie, szkoły i uniwersytety pozostawały zamknięte, a lokalni przywódcy Bloku Ruchu na Rzecz Przyszłości nadal byli zatrzymywani i przesłuchiwani, zanim przekazywano ich w ręce wojska lub lokalnych przejściowych przywódców, taki jak Al-Dżama’a al-Islamijja. Choć może się to zmienić i powinno, obawa sunnitów wobec wojska i złość do szyitów pogłębiają się. Wiele ważnych postaci zaapelowało do swoich współwyznawców, by zerwali stosunki z szyitami i zbojkotowali ich sklepy. Co więcej konflikt nie ograniczył się do Bejrutu. Do intensywnych starć doszło na terenach druzyjskich w Dżabal Lubnan pomiędzy zwolennikami Walida Dżumblatta z jednej strony, a bojownikami Hezbollahu lub siłami sojuszniczymi z drugiej. W Trypolisie, zacięta walka stała się udziałem mieszkańców Bab al-Tebbané – sunnickich terenów zdominowanych przez Blok Ruchu na Rzecz Przyszłości – oraz mieszkańców Baal Mohsen, przyległego wzgórza zamieszkiwanego głównie przez alawickich zwolenników Aliego Eida, zbliżonego do opozycji. Tymczasem islamscy przywódcy i sunnicy szejchowie, wskazując na bezradność Bloku Ruchu na Rzecz Przyszłości, próbują wypełnić miejsce, które pozostało po bardziej tradycyjnych politykach sunnickich. Szejch w Trypolisie powiedział: „Upadek Bejrutu i to, co dzieje się w druzyjskich górach powinno stać się lekcją: jeśli Blokowi Ruchu na rzecz Przyszłości nie udało się obronić Bejrutu, islamiści ochronią inne regiony, szczególnie na północy. Hezbollah pcha ten kraj w kierunku rozpadu.” Dotychczas zginęło ponad 80 osób, a 250 zostało rannych. Doszło do tego przede wszystkim poza stolicą i po zakończeniu ofensywy Hezbollahu w Zachodnim Bejrucie. Jak sugeruje porozumienie Ligi Arabskiej, warto mieć nadzieję. Ani Hezbollahowi ani Blokowi Ruchu na Rzecz Przyszłości (głównym przeciwnikom) nie służy obecna sytuacja. Mimo udowodnionej siły Hezbollahu, czas mu całkowicie nie sprzyja. Nie ma wątpliwości, że Hezbollah może nadal przetrzymywać system polityczny kraju jako zakładnika, ale nie jest to jego preferowany wybór. Im dłużej będzie trwał kryzys, tym bardziej krucha będzie jego pozycja. Choć zachowa pełne poparcie szyitów, ryzykuje dalsze straty wśród innych elektoratów. Chcąc osiągnąć swoje cele wewnętrzne, osłabiony politycznie może coraz bardziej odczuwać potrzebę zwrócenia się w stronę gróźb wojskowych, jeszcze bardziej niszcząc reputację ruchu oporu. Podobnie dłuższa konfrontacja może wzmocnić bardziej radykalnych islamskich wrogów Bloku Ruchu na Rzecz Przyszłości, którzy już przypuszczają atak na oczywistą bezsilność i kwestionują kontrolę sunnickiej społeczności. Wycofanie dwóch decyzji przez rząd powinno zakończyć obecny etap konfliktu i pomóc oddzielić go od szerszego kryzysu politycznego. Teraz zgodnie ze swoimi zobowiązaniami Hezbollah musi bezzwłocznie wycofać bojowników z nowo podbitych terenów i przekazać wojsku kontrolę nad bezpieczeństwem w Zachodnim Bejrucie, ponownie otworzyć lotnisko i port, powstrzymać swoich własnych członków, oraz tych należących do sojuszników od aktów przemocy, a także pozwolić na wolne funkcjonowanie mediów. Jeśli dojdzie do tych kroków, może wydawać się, że Liban wrócił do status quo ante. Tak naprawdę sytuacja może wyglądać dużo gorzej: przekroczono pewną granicę, to co się wydarzyło popadnie w zapomnienie albo kraj będzie zawsze żył w cieniu. Hezbollah jest przekonany, że siły Ruchu 14 marca oraz ich międzynarodowi sojusznicy są zdeterminowani do rozbrojenia go i pokazał otwarcie, że będzie za wszelką cenę bronić swojego statusu zbrojnego, nawet uciekając się do wojny domowej. Jak Crisis Group przestrzegało w październiku 2007 roku, priorytetem Hezbollahu jest zatrzymanie broni: „jeśli będzie widział potrzebę, najprawdopodobniej spowoduje paraliż polityczny Libanu, nawet jeśli jeszcze bardziej odizoluje nie-szyitów [i] zmoblizuje swój elektorat, nawet jeśli będzie musiał zredukować się jedynie do ruchu religijnego.” Jeśli chodzi o siły Ruchu 14 marca, ich obawy, że szyicki ruch może zaatakować wewnątrz kraju spełniły się. Bojownicy po obu stronach ulegli zradykalizowaniu, co może doprowadzić do krwawych konfrontacji, których żadne przywództwo partii nie będzie w stanie kontrolować. Chcąc zmniejszyć zagrożenie libańskie partie i zagraniczni mediatorzy powinni dojść do porozumienia w sprawie szerszego porozumienia pakietowego, które dotyczy tego, co w dużym stopniu leży u podstaw sprawy: status broni Hezbollahu. Nie znajdzie się trwałego, pokojowego rozwiązania bez działań w tej sprawie. Innymi słowy odpowiedzią jest porozumienie, które przełoży w czasie rozmieszczenie broni Hezbollahu, definiując i regulując sposoby, w jaki może zostać wykorzystana. Jak wcześniej sugerowało Crisis Group, powinno zawierać między innymi następujące kroki: - zgodny wybór prezydenta (tzn. przez dwie trzecie głosów w parlamencie), najprawdopodobniej Michela Sulejmana;
- rząd jedności narodowej;
- przyjęcie deklaracji ministerialnej, która akceptuje zasadę oporu jako etapu przejściowego prowadzącego do wprowadzenia w życie odpowiedniej narodowej strategii obronnej, ograniczając zdolności wojskowe Hezbollahu do obronnych w przypadku ewentualnego ataku zagranicznego oraz jasno zakazując wykorzystania broni wewnątrz kraju;
- porozumienie zawarte przez wszystkie partie libańskie zamrażające przygotowania wojenne i deeskalujące wojnę słowną, szczególnie w mediach;
- zgodne prawo wyborcze dla wyborów parlamentarnych w 2009 roku oparte na mniejszych okręgach (caza).
Ostatnie nasilenie się przemocy było możliwe częściowo dzięki długotrwałej wieloznaczności posiadania broni przez Hezbollah. Liban musi znaleźć złoty środek pomiędzy nieodpowiedzialnym pozwoleniem Hezbollahowi na nieograniczone jej wykorzystanie oraz lekkomyślnym dążeniem do jego rozbrojenia. Zanim nie dojdzie do szerszego porozumienia regionalnego – takiego, które będzie dotyczyć nie tylko konfliktu arabsko-izraelskiego, lecz również stosunków z USA, Iranem, Syrią, a szczególnie z Arabią Saudyjską – nie można liczyć na nic więcej. Jednak skoro Liban przesuwa się w kierunku wojny domowej, to samo w sobie byłoby już niemałe osiągnięcie. Bejrut/Bruksela, 15 maja 2008 r. International Crisis Group (www.crisisgroup.org) <!--[if !supportFootnotes]-->
<!--[endif]--> <!--[endif]-->
|
Obraz Jezusa w Koran...
świetna, warto
Typowy Arab - Jaki j...
*** - Znam ( swoja byłą nauczycielkę ...
Typowy Arab - Jaki j...
Typowy Arab - Jaki j...
;( - Gdyby było tak w Chrześcijaństwi...
Typowy Arab - Jaki j...
Araby faceci - Araby faceci chodzą co...