Trypolis Drukuj
Aga Rybaczyk   
czwartek, 09/08/2007

droga tripolis - misurata (fot. R. i D. Kwiatkowscy)Trypolis. Godzina 15.30 po południu. Ciekawa miasta i okolicy pragnę przyjrzeć mu się bliżej. Krótka podróż samochodem z lotniska do mojej tymcasowej kwatery nie daje mi o nim pełnego wyobrażenia, chcę zobaczyć go na własne oczy. Bez zastanowienia otwieram żelazną bramę i przekraczam mur, oddzielający mnie od reszty libijskiego świata.

Wychodzę na dosyć ruchliwą ulicę. Jest południe, słońce daje się w znaki, nie mam przy sobie okularów słonecznych, a zmęczenie po kilkugodzinnym locie cichutko daje o sobie znać. Nie martwię się jednak tym, przecież planuję tylko krótki spacer. Odważnie stawiam kilka kroków, słońce doskwiera. Wtem słyszę klakson samochodowy, rozglądam się. Kilku zdenerwowanych kierowców krzyczy coś między sobą. „Może mają zły dzień”, tłumaczę sobie naiwnie w duchu. Idę dalej, klaksony nie ustają. Rozglądam się z lekkim zdenerwowaniem, mężczyźni wyglądają z samochodów i mam wrażenie, że patrzą w moją stronę. Jeden coś krzyczy w niezrozumiałym dla mnie żargonie, inny uśmiecha się zalotnie. Czuję się coraz bardziej niepewnie. Cóż, dziewczyna w białych rurkach i z rozpuszczonymi włosami nie jest dla nich pewnie zbyt częstym widokiem. Maszeruję dalej, wciąż te piski, jakieś komentarze, krzyki i to słońce... poddaje się, z podkulonym ogonem wracam do miejsca, z którego wyszłam, starając się nie zwracać uwagę na to, co się dzieje na ulicy...
 
Następny dzień rano. Dziś podróżuję z rodowitym Libijczykiem, który pomaga mi załatwić kilka formalności. Przy okazji opowiada mi specyfikę jego ojczyzny. Jedziemy jego sportowym samochodem. Ciągle słyszę dźwięki klaksonów, w końcu nie wytrzymuję i pytam mego przewodnika o przyczynę. Ten z uśmiechem odpowiada, że ludzie są niecierpliwi i dlatego się denerwują, po czym sam uderza z impetem w kierownicę, gdy jakiś rozwalający się grat wymusza na nim pierwszeństwo. Z szeroko otwartymi oczami obserwuję jazdę tutejszych kierowców. Praktycznie każdy robi co chce, znaki i zasady pierwszeństwa pozostają jedynie martwą literą prawa. Tutaj na drodze każdy robi niemalże to, na co ma ochotę, istne prawo dżungli, jeśli oczywiście można mówić o dżungli w tym pustynnym klimacie. Jesteśmy na miejscu, wysiadamy. Mój przyjaciel opowiadając nadal o tym i owym, ku mojemu ogromnemu zdumieniu wchodzi w sam środek zakorkowanej ulicy- chce przejść na drugą stronę. Zaraz, zaraz... A gdzie pasy??
 
Jak później zdołałam zauważyć, jedyny ślad po istnieniu takiego specyficznego miejsca, jakim jest przejście dla pieszych, zachował się w pobliżu Zielonego Placu, typowo po-włoskiego miejsca w Trypolisie- wszystko tłumaczy. Normalnie każdy piechur wchodzi w sam środek zatłoczonej jezdni, rozglądając się tylko w prawo i lewo, albo i nie. Tylko czasem, gdy nadjeżdżający pojazd nie zwalnia pokazuje mu znak ręką, żeby się zatrzymał. Ponieważ wymuszanie pierwszeństwa, wjeżdżanie w ślepą uliczkę, zawracanie w niedozwolonym miejscu i inne ciekawe przygody są tutaj na porządku dziennym, nic dziwnego, że dźwięki klaksonów nie ustają. Nic też dziwnego, że o stłuczkę tu nie trudno, a duży odsetek tutejszych automobili, mówiąc krótko, widział wiele, może oprócz czystej wody z płynem...
 
Bogatsza o tę wiedzę nieco pewniej zaczynam swą kolejną wyprawę. Nie zwracam już uwagi na głosy dochodzące z ulicy, ale wciąż czuję się nieswojo, gdy mam przejść na drugą stronę jezdnii.... w końcu staję na skraju chodnika i roglądam się niepewnie. Jakiś młody chłopak wychyla się z samochodu i uśmiechając się najszerzej jak może krzyczy „Hi honney”. Chętnie bym mu wybiła te białe ząbki! Idę teraz nieco spokojniejszą ulicą, oglądam wystawy sklepowe i z zainteresowaniem przyglądam się okolicy. O ile w bardziej ruchliwych miejscach, władze miasta starają się utrzymywać porządek, o tyle tutaj widać odpadające tynki, dziurawe chodniki i worki ze śmieciami wystawione tuż przed drzwi domostw...
 
Moja osoba wzbudza powszechne zainteresowanie. Nie przejmuje się, staram się tylko nie reagować. Wiem, że najlepiej się nie wyróżniać spośród tłumu, ale moje dostosowanie się do panujących tutaj zasad ogranicza się tylko do długiej spódnicy i bluzki zakrywającej ramiona. (Chustki nie założe na pewno). W pewnym momencie podchodzi do mnie jakiś chłopaczek i po angielsku prosi mnie wręcz o rozmowę. Chcę być grzeczna więc się godzę (moja pierwsza rada, nie wdawaj się w rozmowę z obcym Libijczykiem, który cię zaczepia na ulicy). Proponuje mi towarzystwo i że może być moim przewodnikiem. Mówię, mu dzięki, ale ja tylko spaceruję. Więc on chce spacerować ze mną (druga rada: nie spaceruj z obcym Libijczykiem, który Cię zaczepi na ulicy). Ja naiwnie się godzę. Drugie lub trzece z kolei pytanie jakie mi zadaje to, czy mam chłopaka w Libii. (!) co to znaczy w Libii, czy on myśli, że ja mam chłopaka w każdym miejscu, do którego jadę?! Odpowiadam nie, ale mam w Polsce. Już trochę zawiedziony pyta „Good relationships”, „Very good”- odpowiadam. Może w końcu się odczepi! Nie odczepił się. Wymuszony spacer i rozmowa toczą się dalej, prosi mnie o numer komórki (trzecia rada: nie dawaj numeru komórki obcemu Libijczykowi, który Cię zaczepia na ulicy), ja nie dałam, bo nie miałam tutejszej karty (na szczęście). Za to on dał mi swój, prosząc bym do niego zadzwoniła. W końcu on jest moim przyjacielem w Libii...
 
Jestem w Trypolisie kilka dni. Już się czegoś dowiedziałam o specyfice tego kraju, wiem jak się poruszać, znam mniej więcej drogę do centrum, mogę iść dalej. Z wyprostowaną sylwetką, okularami słonecznymi na nosie ruszam na spacer. Nie słyszę już klaksonów ani nie zwracam uwagi na zaczepki kierowców. Chyba niewiele mnie zaskoczy. Myliłam się!!!
 
Otóż widok młodej Europejki, która sama porusza sie po mieście zwraca powszechną uwagę i zainteresowanie.Młodzi (i nie tylko młodzi) Libijczycy uważają, że łatwo mogą nawiązać kontakt z taką osobą. Idę dzielnie po chodniku. Nagle jakiś samochód podjeżdża blisko mnie i porusza się powoli podążając moim śladom. Machinalnie odwracam twarz w drugą stronę, udaję, że nie słyszę tej bezkształtnej paplaniny i czekam aż się oddali. Mężczyzna jednak nie daje za wygraną, wciąż próbuje nawiązać ze mną jakiś kontakt. Nie zwracam uwagi, mam go dosyć. „Nie szkoda Ci benzyny”-myślę w duchu. Ale jestem naiwna, tu za 10 dinarów (ok.12 zł) można kupić 30 litrów. Wreszcie odpuścił i odjechał. Z typową babską ciekawością patrzę kim jest ten uparciuch. Ku mojemu zdziwieniu okazuje się nim być odpychający facet, grubo po czterdziestce z dość pokaźną tuszą! Że też takiemu nie wstyd!
 
Nie raz taki nachalny „adorator” zajeżdża drogę i próbuje rozmowy. Nie zniechęca go fakt, że omijam go nawet nie patrząc w jego kierunku. Zawraca i znowu jest przede mną. Inny zatrzymuje się na poboczu i czeka aż tylko dojdę do jego auta, a później jedzie blisko mnie, zadając naiwne pytania, typu „How are you”, „Where are You from”, aż w końcu „Do You speak English?” w końcu ja też nie wytrzymuje, następnemu natrętowi, którzy trąbi i robi głupie uwagi, gdy mnie wyprzedza pokazuję z szyderczym uśmiechem środkowy palec, (kolejna moja rada, nie pokazuj Libijczykowi, który Cię zaczepia na ulicy środkowego palca), a ten ku mojemu zdziwieniu zatrzymuje się wysiada i zaczyna się niefajnie odzywać. Odpowiadam mu „spadaj” po polsku i odwracam twarz. W końcu się odczepił. Nieprzyjemna sytuacja, ale to moja wina.
 
Kolejna moja wyprawa. Tym razem biorę ze sobą mp3, zakładam słuchawki i odcinam się od całego świata. I tak słyszę dalej te „pozdrowienia”, ktoś mi zajeżdża drogę, ktoś podjeżdża bardzo blisko, ale ja zachowuję kamienne oblicze, a spod moich przyciemnianych okularów słonecznych nie widać, że kątem oka rzucam ciekawskie spojrzenie na tego osobnika. Niektórzy nawet wydają się całkiem sympatyczni, niektórzy raczej przeciętni, a jeszcze inni po prostu odpychający. No ale cóż, co pomyślę, to moje, w żadne dyskusje się nie wdaję i nauczona doświadczeniem nie pokazuję niejednoznacznych znaków. Nagle drogę zagradza mi jakiś przerośnięty osiłek, o szerokiej posturze i nieco murzyńskich rysach. Twarz ma taką, że od razu dałabym mu pięć lat za kratami. Dryblas krzyczy do mnie mocno pretensjonalnym tonem „Excuse me!” przekrzykując muzykę jaką słuchałam i patrząc na mnie spod oka mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Mimo to zachowuję spokój i równie pretensjonalnie pytam go „what”, oczekując z, nie ukrywam, pewnym zainteresowaniem tego, co mi powie. Na to ten bez słowa wciska mi w dłoń jakiś świstek i wycofuje się. Rozwijam karteczkę, jest tam napisany numer telefonu i chyba jego imię czy coś takiego. Nie wiem, bo tłumiąc śmiech, pogięłam tę ręczną wizytówkę i rzuciłam na pierwszą lepszą kupkę śmieci. A tak, bo zapomniałam zaznaczyć, że kosz na śmieci w Trypolsie jest tak rzadkim zjawiskiem, jak palmy w Warszawie. Ale wracając do tematu, czy on naprawdę myślał, że do niego zadzwonię?
 
Niedziela. Normalny dzień pracy, trudno mi się do tego przyzwyczaić, ale cóż. Może trudno w to uwierzyć, ale w tej muzułmańskiej metropolii jest chrześcijański kościół, a co może się wydawać jeszcze bardziej zdumiewające, jest nawet polska msza! Nie mogę tego przeoczyć. Po odbębnieniu swych normalnych obowiązków idę na to nabożeństwo. Świątynia jest raczej skromna, a jej wystrój daleki jest od bogato zdobionych wnętrz europejskich kościołów. Frekwencja też całkiem różna od coniedzielnego nabożeństwa w Polsce. Ksiądz łamaną polszczyzną rozpoczyna eucharystię, jego wejściu nie towarzyszą pieśni religijne, ani brzmienie organów. Czytanie i Ewangelię odczytują wierni, a krótkie kazanie jest w języku angielskim. No cóż, nie można przecież mieć nie wiadomo jakich wymagań. Postanawiam wrócić okrężną drogą. To nie był dobry pomysł. Nie znam miasta, a choć staram się trzymać głównej ulicy i udawać, że wsłuchuję się w słowa „Zatańcz ze mną” Edyty Bartosiewicz, czuję się bardzo niepewnie. Jakiś młody taksówkarz uśmiecha się do mnie i pokazuje dinary. Co on sobie nie myśli! Odwracam się od niego i idę dalej. Mężczyzna jest natarczywy i jedzie przy mnie, coś mi tam szepcze. Staram się nie zwracać uwagi, niemniej jednak nie podoba mi się ta sytuacja. W końcu odjechał. Po chwili jakiś inny pokazuje mi swoją komórkę... za moment widzę znowu tego „od dinarów”. Ponownie wystawia łapę z pieniędzmi. Czuję się coraz bardziej zirytowana. Sytuacja powtarza się kilkakrotnie, facet nie daje mi spokoju. Za którymś razem moja cierpliwość osiągnęła szczyt granic. Jestem na tyle speszona, bo nie znam miejsca i wściekła zachowaniem jego i jemu podobnych, że rzucam w jego kierunku wiązkę przekleństw, w niezrozumiałym tym razem dla niego języku i mimo wcześniejszych doświadczeń pokazuje mu środkowy palec. Pojechał, co za ulga. Za chwilę znowu wrócił....
 
Późne popołudnie. Stoję nad brzegiem Morza Śródziemnego, opieram się o barierki i patrzę przed siebie. Wiatr wiejący od strony morza rozwiewa moje włosy i nadaje powietrzu przyjemną wilgoć. Patrzę na statki zakotwiczone u wybrzeży portu, potem się odwracam i przyglądam się spacerującym ludziom. Głównie rodziny z dziećmi. W dali kilku mężczyzn pali sziszę. Ogólny spokój. Spaceruję brzegiem morza i napawam się lekką bryzą. Potem kieruję się w stronę miasta. Już prawie zmrok, jakże pięknie oświetlony jest pałac królewski! Zieleń palm, świeżość powietrza, nie widać brudnych ulic ani odrapanych budynków, z dali tylko dobiega głos magnetofonu ze szczytu minaretu, odpowiednik dawnego muezzina. Przyglądam się gromadzie mężczyzn, która pewnym i zdecydowanym krokiem podąża do meczetu. Wśród nich są starsi i młodzieńcy, eleganccy i ubrani raczej na sportową. Z zaciekawieniem obserwuję, jak dokonują ablucji, a potem wchodzą do wnętrza światynii, zdejmując buty u wejścia. Na stępnie, przez otwarte drzwi widzę jak poustawiani w szeregu wykonują obowiązkowe ukłony.
 
Myślę o moim pobycie w Trypolisie. Z uśmiechem na twarzy wspominam swoje dotychczasowe przygody. Teraz wydają mi się zabawne.
 
Libia chce dorównać Europie, ale jeszcze wiele dzieli to pustynne państwo od standardów Zachodu. Tu ludzie wciąż mają swoje przekonania i styl całkiem odmienny niż ten znany nam z ulic wielkich metropolii. Przede wszystkim ludzie mają do siebie duże zaufanie, są bliższe kontakty rodzinne. Wiem, że nikt mnie nie okradnie ani nie oszuka. Także ci uporczywi adoratorzy prędzej czy później dadzą spokój, wystarczy tylko nie reagować na ich zaczepki.
 
Trypolis jest miastem, które zmierza do unowocześnienia. Niestety często w takich wypadkach związane jest z zatarciem dobrych stosunków społecznych i szybszym tempem życia. Czy będzie tak i tym razem? Zobaczymy wkrótce, ale na pewno jeszcze nie za 5 i nie za 10 lat.
 
Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Noor  - ale bzdury   |2007-08-09 17:52:05
ktory raz bylas w libii?i jak dlugo?bylas tam i myslisz,ze od razu wszystko o
tym kraju wiesz?bzdury napisalas.
Aga_R  - bzdury??   |2007-08-10 15:52:50
jestem w Libii pierwszy raz, nie powiedziałam, że wszystko wiem, opisałam tylko
moje odczucia po tym jak sie poruszam na ulicy, które są jak najbardziej
prawdziwe i rozmawiałam o tym i owym z ludźmi, którzy tu mieszkają. a miasto
jest brudne, a ruch uliczny taki jak przedstawiłam, żadnych innych kwestii nie
poruszałam
Pawel Kubicki  - prosimy o konstruktywna krytyk   |2007-08-09 18:50:58
Napisz jakis wlasny tekst, pisanie, ze ktos inny napisal bzdury jest malo
konstruktywne
Noor  - dobrze   |2007-08-10 15:58:31
okay,no wiec ja takze podrozowalam po krajach arabskich,miedzy innymi
libya,gdzie spedzalam wielokrotnie wiecej czasu niz pare tygodnie i niekiedy
wracalam w celach biznesowych.opowiesc autorki nic nie wnosi do opisu tego
kraju.jest to tylko opowiesc o tym jak margines spoleczny uganial sie za
autorka.co bardzo psuje obraz tego pieknego kraju.w rzeczywistosci jest tak,ze
jesli sie raz nie zwroci uwagi,to nikt dalej nie bedzie zaczepial.widocznie
autorka opowiadania byla nastawiona na takie traktowanie,a moze celowo chodzila
sama po miesice.aby sobie cos udowodnic.w londynie jak dziewczyny chca sobie
udowodnic,ze wciaz sa atrakcyjne,chodza po edgware road w dzielnicy
arabskiej,celowo spacerujac tylko,aby zwrocic uwage meskiego grona i poczuc sie
lepiej.libya...co tu duzo mowic.tam to wszyscy arabowie.wiec kobieta samotnie
chodzaca po miescie,szczegolnie jezeli wyglada na turystke,sama sobie jest winna
i skazana na takie wlasnie traktowanie.a jesli ja to bardzo przejmuje,wystarczyl
o zalozyc gallabiye i hijab z zakryciem twarzy,a nikt by na nia nawet uwagi nie
zwrocil.albo na wakacje do wloch lub hiszpanii zapraszam.a moze na maledivy?tez
goraco,masa przystojniaczkow na kazdym rogu,a wrazenia niezapomniane.i by nie
narzekala.
teraz lepiej panie pawle?
Aga_R  - sprostowanie   |2007-08-16 05:01:24
nie szukam na pewno podrywu, nie zależy mi na tym. przyjechałam do Libii po raz
pierwszy i to było moje pierwsze wrażenie jak wyszłam na ulicę, byłam tym po
prostu zszokowana, bo nigdy z czymś takim się nie spotkałam, zakrywać się na
pewno nie będę, a przyjechałam tu sama, chcę zobaczyć Libię, dlatego podróżuję
sama po ulicy. nie pisałam nic o urokach tego kraju, tylko o tym na co jest
narażona dziewczyna, która nie zna za bardzo obyczjów, komentarze typu, chce na
sibie zwrócić uwagę, albo chce się dowartościować są dla mnie obraźliwe
ewela  - nie wiem   |2007-08-16 08:25:34
nie wiem co chcialas przekazac? bo jedyny wniosek, to rzeczywiscie chyba, ze
jest to tekst o biednej europejce, ktora przeciwstawia sie natretnemu podrywaniu
i udaje jej sie w koncu do tego przyzwyczaic, to i katolicki kosciol w
polaczeniu z meczetem to jedyne rzeczy, ktore utkwily Ci w pamieci??Ze Trypolis
zmierza do Europy a nia nie jest?? Mysle, ze nie o to Ci chodzilo....
Aga_R  - sprostowanie   |2007-08-16 08:29:28
Napisałam ten artykuł po kilku dniach pobytu w Trypolisie gdy jeszcze za bardzo
nie znałam miasta i nie umiałam się poruszać. Dziwiły mnie tutejsze zasady
ruchu, śmiecie, brak przejść, a także głupie zaczepki. nie będę chodziła w
galabiyyi i w hidżabie, bo jestem tu na wpół turystycznie, ale nie uważam, że to
fair gdy idąc centrum, ubrana w długie rękawy, nie zwracająca na nic uwagi
słyszę różne komentarze. Ogólnie lubię Libię, podoba mi się to miejsce. Artykuł
miał być raczej formą żartu i wzbudzić uśmiech jak się może czuć zagubiona
Europejka w takim miejscu. Pisanie typu, że chcę na siebie zwrócić uwagę, czy
też mogę pojechać do Londynu do dzielnicy arabskiej jest co najmniej obraźliwe.
nie pisałam o całej Libii, tylko jak należy się zachowywać by nie wzbudzać
zainteresowania. ja już jestem w Trypoli tyle czasu, że nic z tych rzeczy juz
mnie nie wzrusza, choć czasem jest wkurzające gdy idę na zakupy sama, bo sama
też tu jestem, a ktoś mnie prosi bym wsiadła do niego do samochodu albo dała
swój numer i dziwi się gdy mówię, że nie chcę mieć kontaktów z nieznajomymi
tylko się przespacerować.
MissDarkness  - lekkie i zabawne   |2007-08-23 09:03:14
A mnie sie podobalo. To nie mial byc przeciez tekst naukowy tylko cos w stylu
'kartka z pamietnika'
i co w tym zlego ze kobieta chce sie czuc atrakcyjna in
zwracac uwage innych, nawet gdy sie nie przyznaje, ze jej sie to podoba
troche proznosci nie zaszkodzi
Aga_R  - o to właśnie chodziło   |2007-08-23 11:15:51
Dzięki za poparcie, to faktycznie miał być nieco żartobliwy felieton o
zagubionej dziewczynie w innym śiwecie, nic z naukowych opisów
Pozdrawiam
kasia  - hmmm jak jej się to udało?   |2007-11-06 22:49:25
Witam, ja równ ież byłam w sierpniu w Libii i wg moich informacji jeśli ktoś
jedzie sam (ja pojechałam z biurem) to równa się to prawie cudowi. Poza tym za
każdym "obcym" chodzi tzw.ogon/policja, mają tam ze 20 rodzajów policji,
w tym rozbudowana siatke obserwatorow turystow. Ciekawa jestem wiec 1)jak Pani
tam udalo sie dojechac 2)ale przede wszystkim jak to mozliwe ze chodzila Pani
sama?
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:B):evil::silly::dry::lol::kiss::D:pinch::(:shock::X:side::):P:unsure::woohoo:
:huh::whistle:;):s:!::?::idea::arrow:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

 
 
 

Komentowane

CC logo pp logo
© 2004 - 2012 Arabia.pl MSZ - Departament Współpracy Rozwojowej