Strona Główna arrow Wywiady arrow Internetowy sprajcik z Irańczykami
Internetowy sprajcik z Irańczykami Drukuj
Ivonna Nowicka   
czwartek, 05/07/2007

Wiersze w plecaku

Dla pokoju pieszo z Londynu nad Zatokę Perską.

 

Wywiad z globtroterem Mohammadem Samghanim 

przeprowadziła (i przełożyła) Ivonna Nowicka

 

Podczas gdy niektórzy fanatyczni Arabowie myślą wysadzać siebie i innych w powietrze, Irańczycy po raz kolejny już niosą po świecie posłanie pokoju, w rzeczywistości będące także przesłaniem ich wielkich poetów sprzed 800, 600 czy 500 lat.

 

 Mohammad Samghani (41, ur. w Teheranie) niczym współczesny derwisz wyruszył w maju b.r. z Londynu na pieszą i samotną wędrówkę z zamiarem dotarcia na południe Iranu, nad Zatokę Perską. Kiedy z nim rozmawiałam 29 czerwca w Warszawie, miał już za sobą dobrych 1°300 km marszu! Choć taka samotna ta wędrówka wcale nie jest, bo towarzyszą mu zaskarbione w pamięci wersy z Attara, Sadiego, Hafeza. Jak tylu spotkanych przeze mnie Irańczyków żyje on poezją perską, z jej mistycznej głębi czerpie natchnienie i siłę, a z jej subtelności duchowej – wiedzę o psychice ludzkiej.

Co się kryje za jego decyzją? Ile będzie szedł? Czy inspirował się irańską rowerzystką, Pupe Mahdawinader, która cztery lata temu pedałowała przez świat? Czemu ostatnio tylu Irańczyków pragnie w imię pokoju narażać się na trudy drogi? Oddajmy głos Mohammadowi.

 Ivonna Nowicka

 

Ivonna Nowicka: Może najpierw – jak pan wpadł na pomysł takiej wyprawy?

 

Mohammad Samghani: To nie była kwestia jednej tylko przyczyny. Nałożyło się na siebie kilka czynników i sprawiło, że taka myśl przyszła mi do głowy. Po pierwsze muszę przyznać, że chciałem wypróbować się w trudniejszych sytuacjach, przekonać się, ile jestem w stanie wytrzymać. Po drugie ostatnio widziałem, jak dla bardzo wielu żołnierzy na świecie zabijanie kobiet i dzieci naprawdę stało się czymś zwyczajnym. Gdziekolwiek nie spojrzeć, widzimy, że bez większych skrupułów podkłada się bomby czy bombarduje. O ileż by to było lepiej, gdyby nigdy, w żadnym punkcie naszego globu, w żadnym mieście ani żadnym kraju nie szalała wojna. Mam nadzieję, że z wolą Boga wszyscy będą żyli w pokoju i zdrowiu, bez przelewu krwi. Poza tym chciałem też, żeby ta podróż służyła dobroczynnemu celowi, chciałem zebrać pieniądze dla nieszczęśliwych dzieci, ale nie wiem, jak to zrobić.

 

Ivonna: To więc pana przesłanie, pokój i zdrowie? Na pańskim plecaku widzę przyczepioną kartkę z dużym napisem po polsku: „Dla pokoju pieszo z Londynu nad Zatokę Perską”. Znaczy że pokój ważny?

 

Mohammad: Bardzo ważny. Ponieważ mieszkam w Londynie, wyruszyłem stamtąd. A że w Iranie się urodziłem, moim celem jest Iran.

 

Ivonna: Ale jeszcze do tego utrudnił pan sobie życie i zmierza nie gdzieś na północ Iranu, tylko na południe kraju? Dokąd dokładnie?

 

Mohammad: Dokładnie? Zatoka Perska jest bardzo długa. To jakieś tysiąc pięćset, dwa tysiące kilometrów granicy Iranu.

 

Ivonna: Więc do jakiego konkretnie miasta pan zmierza?

 

Mohammad: Na tym etapie nie mogę tego powiedzieć. Zdecyduję w samym Iranie. Nie miałoby to sensu, gdybym teraz to precyzował. W każdym razie jednym z moich niezachwianych celów jest dotarcie do wód Zatoki Perskiej. To jeden ze rejonów położonych strategicznie i tak wiele supermocarstw ostatnio... jest tam zwykle... bardziej obecnych.

I jeszcze coś... była pani łaskawa zauważyć, że utrudniłem sobie życie. To nie tak. Nie stało się ono trudniejsze. Nie stało się też łatwiejsze. Życie było i jest ciężkie, przynosi ze sobą problemy. Tak samo ta podróż ma swoje wertepy. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaka może być trudna ani też z tego, że te trudności mogą wydać mi się aż takie słodkie.

 

Ivonna: Przepraszam, że wpadam w słowo, więc to pana pierwsza podróż tego rodzaju?

 

Mohammad: Dokładnie tak. Po raz pierwszy podjąłem podobną decyzję. I mam nadzieję, że z Bożym wsparciem zdołam osiągnąć cel.

 

Ivonna: Tak, daj Boże. Ile mija dziś czasu, jak pan wyruszył z Londynu?

 

 Mohammad: Wyruszyłem z Londynu jedenastego maja. Tak więc dzisiaj, gdy mamy dwudziestego dziewiątego czerwca, mija gdzieś, niech pani policzy – czterdzieści osiem, dziewięć dni. Z tym że dotarłem do Goliny, jakieś dwieście kilometrów od Warszawy i tam wyniknęły...

 

Ivonna: Do Gliny?

 

Mohammad: Goliny, niedaleko Konina. Tam wyniknęły trudności.

 

Ivonna: Jakie trudności?

 

Mohammad: Och (skrępowany śmiech), trudności z..., wolę o tym nie mówić, aby nie daj Boże nie doszło do jakiegoś nieporozumienia, żeby pani nie pomyślała, że nie daj Boże próbuję uskarżać się na Polaków, czy Kościół polski. Nigdy w życiu! To w końcu podróż. Niesie ze sobą podobne kłopoty.

 

Ivonna: No tak, zamierzam też pana zagadnąć o miłe doświadczenia z Polski. Ale jeżeli coś się panu przydarzyło złego, też proszę o tym powiedzieć. Żeby innym się już nie przytrafiło, żeby na przykład ktoś się czegoś nauczył.

 

Mohammad: Nie miałem złego doświadczenia. Naprawdę od pierwszego dnia, jak przekroczyłem granicę Polski, wszystko przebiegało wyśmienicie. Aż do dużego miasta o nazwie Poznań. Kiedy tam dotarłem, poczułem się trochę dziwnie. Odniosłem wrażenie, że czy to z powodu tego materialistycznego stylu życia, czy też z nadmiaru pieniędzy ludzie tam mniej wyczuleni na wiele różnych spraw. Trochę mnie to zaskoczyło. Tak samo było przez cztery ostatnie dni, bo sądziłem, że tak jak przez sześć poprzednich nocy będę mógł zatrzymać się w „churchu”...

 

Ivonna: Bo nocuje pan w „churchach”?

 

Mohammad: Tak.

 

Ivonna: W Polsce też?

 

Mohammad: Właśnie w Polsce, nie gdzie indziej. W poprzednich państwach rozbijałem sobie namiot, z drugiej też strony ludzie, jak mnie widzieli, pomagali mi, na wszelkie rozmaite sposoby. Choć wcale o to nie prosiłem, otrzymywałem pomoc. W Anglii, Holandii, Niemczech, Polsce aż do...

 

Ivonna: Czyli że Polska jest czwartym krajem?

 

Mohammad: Tak, to czwarty kraj. Jestem ogromnie wdzięczny tym ludziom, oni sami wiedzą, że o nich mowa. Od granicy do Poznania wszytko układało się jak najlepiej. Potem też nie było najgorzej, ale cóż, takie już trudy podróży. Zresztą i na tym dalszym etapie gdyby nie Polacy, to może dziś nie byłbym w dobrym zdrowiu. Polacy mi pomogli. Jednak przez kilku z tych, którzy we własnym mniemaniu żyją z Bogiem, lecz nic o Bogu nie wiedzą, znalazłem się w ciężkiej sytuacji. Nocą, gdy padało, nie byli gotowi mi pomóc.

 

Ivonna: To znaczy chciał pan spędzić noc w „churchu”? Ulewną noc, tak?

 

Mohammad: Tak! Liczyłem na to, że to będzie możliwe. Bo kilka poprzednich nocy tak właśnie robiłem. Oczywiście podkreślam, że się nie uskarżam. Może Bóg posłużył się mną jako narzędziem, żeby wystawić na próbę tego sługę pańskiego. On sam będzie musiał na pewno tłumaczyć się swojemu Bogu. Może też nie miał takiego obowiązku. Nie mam pretensji ani nie żywię złości. W takim miasteczku jak Nekla, gdzie po raz pierwszy miałem wieczorem tego rodzaju problem, tamtejsi nastolatkowie bardzo mi pomogli, pokazali mi, gdzie mogę się schronić przed deszczem. Następnego dnia rano znów się spotkaliśmy, przypadkiem, życzyli mi wszystkiego dobrego. Właśnie takie jedno „good luck”, życzenie pomyślności, jakie słyszę od ludzi, to dla mnie zastrzyk energii na cały dzień.

 

Ivonna: Tak się składa, że to też jedno z moich pytań. Ale to później. Najpierw niech pan proszę powie, jakimi drogami pan najczęściej wędruje, głównymi czy bocznymi?

 

Mohammad: Do dziś... to znaczy w Holandii cały czas trzymałem się tras rowerowych. W Anglii to wiedziałem, co robić, bo mieszkam tam od osiemnastu lat, więc bez problemy rozeznawałem się, co i jak. W Holandii były „signy” z rowerami, bez problemu szedłem od jednego do drugiego. W Niemczech znów sądziłem zrazu, że będzie jak w Holandii, więc przez pierwsze dwa dni wędrowałem trasą z „signami” rowerowymi, ale kilka razy zgubiłem się w lesie. Bo kiedy wchodziłem do lasu, „signy” się urywały (śmiech). Docierałem do rozstaju dróg i nie miałem pojęcia, którędy iść. Czekałem jakieś pół godziny, aż ktoś się pojawi i będę mógł się go spytać. Potem już wolałem poruszać się wzdłuż szos, dróg, które da się śledzić na mapie. Szczególnych problemów nie miałem, jak do tej pory nie przydarzyło mi się nic takiego w związku z szosami. Rzecz jasna dokuczliwy jest hałas aut. Ciężarówki, ten ryk, ten wiatr i tak dalej, to bardzo nieprzyjemne. Ale jeżeli wzdłuż szosy wiedzie jakaś droga, na przykład chodnik czy ścieżka, idę tamtędy. W kierunku odwrotnym do kierunku ruchu samochodów, żebym widział, jak nadjeżdżają z naprzeciwka. To tyle na ten temat...

 

Ivonna: Myśmy mieli na przyład takie doświadczenie, na Wschodzie, gdzie ludzie są bardzo życzliwi, w Syrii – chcieliśmy przejść pewien odcinek drogi pieszo, wzdłuż takiej właśnie szosy. Nie dało się. Kierowcy wciąż się zatrzymywali i mówili: „Dlaczego idziecie pieszo? Wsiadajcie, wsiadajcie.” Czy panu też się to przytrafiło, a jeżeli tak, to jak bardzo jest to dla pana ważne, żeby koniecznie iść pieszo? Przyjmuje pan takie zaproszenia czy nie?

 

Mohammad: Nie, w żadnym razie ich nie przyjmuję. Ale przytrafiało mi się to bardzo często. Wielokrotnie. Nie wiem, czy kierowcy chcieli, czy litowali się, że niby dokąd ten gość chce iść taki szmat drogi (śmiech), czy też... Nie wiem, dlaczego, ale wielokrotnie zatrzymywali się, mówili, że znają drogę do najbliższego miasta, że jeżeli tam właśnie zmierzam, to niech wskakuję, a mnie dowiozą. Odpowiadałem, że nie. Śmiesznie złożyło się w ostatniej miejscowości w Niemczech, do jakiej chciałem dojść, w Seelowie. Poprzedniej nocy gościłem u pewnego Niemca, który wiedział, dokąd się wybieram następnego dnia, bo wspomniałem mu, że do Seelowu. On na to, że ma znajomego, u którego mógłbym przenocować. Odparłem, że byłbym wdzięczny, ale z drugiej strony nie chcę sprawiać temu komuś kłopotu. Zapewnił mnie, że ucieszą się ze spotkania ze mną. Więc przystałem na to. „Ten mój znajomy śpi w tym mieście”, wyjaśnił mi, „potem wyjeżdża stąd do siebie. Chcesz się z nim zabrać?” „Nie, pójdę pieszo”, odparłem Potem, gdy szedłem wzdłuż szosy, około trzeciej, czwartej po południu i byłem już niedaleko Seelowu, stanęło przy mnie auto i kierowca zachęcił mnie, żebym wsiadał. „Nie, dziękuję,” ja na to, „idę na własnych nogach.” „Ale przecież idziesz właśnie do nas, u nas spędzasz noc!” To był Herr Wolfgang, który pracuje w radzie miejskiej. Nie wsiadłem. Kiedy dotarłem do Seelowu, po raz pierwszy podczas tej mojej podróży ktoś na mnie czekał – Herr Wolfgang, cały ten czas. Zrobiliśmy razem zdjęcie, wydrukowali je w lokalnym dzienniku.

 

Ivonna: Ile kilometrów robi pan dziennie?

 

Mohammad: Zwykle trzydzieści. Ale czterdzieści też mi się zdarzyło, i dwadzieścia. Wszystko zależy od odległości między miejscowościami.

 

Ivonna: A ile waży pański plecak?

 

Mohammad: Piętnaście kilo. Czterdzieści kilometrów tylko ze dwa razy pokonałem w jeden dzień. Zmusiła mnie do tego odległość między miastami. Zawsze dzień wcześniej wiem, dokąd zamierzam dojść następnego dnia. Wiem, o której godzinie mam rano wstać.

 

Ivonna: Po Warszawie dokąd?

 

Mohammad: Wracam do Goliny. Musiałem stamtąd przyjechać do Warszawy do ambasady irańskiej – przez kłopoty finansowe, z braku łazienki, uprać ubranie. W Niemczech nie było tego problemu, chodziłem na baseny. Ale w Polsce to niemożliwe, w małych miejscowościach nie ma basenów. Bo ja co dwa trzy dni muszę się wykąpać. Cóż, trudności dopiero się zaczynają.

Z Goliny będę szedł do Krakowa.

 

Ivonna: Ile jeszcze miesięcy potrwa pańska wędrówka?

 

Mohammad: Myślę, że skończy się za pięć miesięcy. Z Polski idę na Słowację. Z tym że z początku planowałem inaczej. Zamierzałem iść przez Ukrainę i Rosję, to znaczy z Polski do Lwowa, potem na Krym i dalej przez Rosję, Gruzję i Azerbejdżan. Taki był mój pierwotny plan. Ale zmieniłem trasę. Raz, że miałbym większe problemy z dogadaniem się, dwa, że uświadomiono mi, że na Ukrainie miejscowości bywają oddalone od siebie i o sto kilometrów. To dla piechura ciężka sprawa. Za to na Słowacji są gęściej rozmieszczone. Po Słowacji przemierzę Węgry, potem Rumunia, statkiem przez Morze Czarne – Bułgarii nie odwiedzam – Turcja i Iran.

 

Ivonna: Doszliśmy z jednym kolegą do wniosku, że każdy Irańczyk, będący w podróży, jak nic ma ze sobą tomik wierszy Hafeza. Ma pan?

 

Mohammad: Niosę ze sobą bardzo dużo gazali Hafeza. Ale nie cały dywan, nie mogłem dźwigać ze sobą całej książki. Za to mam odtwarzacz MP3 z pieśniami Szadżariana, który śpiewa Hafeza [bingo! – I.N.]. I zabrałem też ze sobą wybór z wierszy różnych poetów, proszę, niech pani sobie zobaczy (pokazuje kartki zapisane drobnym maczkiem w zmusztrowane linijki poezji). Nie wiem, lubi pani poezję perską?

 

Ivonna: : ) Oczywiście Irańczycy ją lubią!

 

Mohammad: Bo jak pani to przeczyta (wskazuje na wiersze), jeszcze pani co do głowy strzeli, rzuci pani wszystko, jak mawiają Persowie, „pogna pani na pustynię”. Tylko szaleńcy robią takie rzeczy, a pani przecież nie jest szalona! No dobrze, przeczytam pani dwa wersy z tych poezji.

 

Ivonna: Czyje?

 

Mohammad: Attara [zm. 1220 l. 1229]

 

یا اله العالمین درمانده ام                   غرق خون بر خشک کشتی رانده ام

دست من گیر و مرا فریاد رس،         دست بر سر چند دارم چون مگس

 

[ja elah al-alamin dar mandeam       qarq-e xun bar choszk keszti randeam

dast-e man gir-o mara farjad ras      dast bar sar czand daram czun magas]

 

„O Panie światów, bezsilny ja,              skąpany we krwi serca żegluję po lądzie stałym

Uchwyć mą dłoń, usłysz me wołanie    ileż mi twać w bezsilności niczym muszka”

 

Ivonna: O czym pan myśli podczas drogi?

 

Mohammad: O dzieciach.

 

Ivonna: Ile ich pan ma.

 

Mohammad: Dwoje. O tych wierszach, cały czas mam je w głowie.

 

Ivonna: W kwietniu dwa tysiące trzeciego roku Pupe Mahdawinader wyruszyła w podróż dookoła świata, a jej przesłanie brzmiało: „W imię miłości, przyjaźni i pokoju na świecie”. Na ile się orientuję, była pierwszą osobą z Iranu, która zdecydowała się na taką wyprawę. Czy pan się nią inspirował? Oczywiście ona jechała na rowerze.

 

Mohammad: Ja też od dłuższego czasu nosiłem się z podobną myślą, żeby odbyć tę podróż na rowerze. Ale raz, że mi rower ukradli. Choć nie dlatego idę piechotą, mogłem przecież kupić sobie nowy.

 

Ivonna: To dlaczego idzie pan piechotą?

 

Mohammad: Zdaje się, że na początku rozmowy już o tym mówiłem.

 

Ivonna: Fakt.

 

Mohammad: Chciałem wystawić się na większe trudy. Jak mówi poeta:

 

گر تکیه دهی وقتی، بر تخت سلیمان ده        ار پنجه زنی روزی در پنجه رستم زن

 

[gar tekije dahi waqti, bar tacht-e Solejman deh

ar pandże zani ruzi, dar pandże-je Rostam zan]

 

„Jeśli opokę znaleźć zechcesz kiedyś, niech ci nią będzie sam tron Salomona

Jeśli się zmagać tęgo zechcesz kiedyś, chwytaj za bary samego Rostama”

 

To znaczy nie sprzeczaj się z dziećmi, jak chcesz stawiać komuś czoło, stawiaj je samemu Rostamowi. Zna pani przecież Rostama?*

 

Ivonna: Tak.

 

Mohammad: Ale poprzedni wers jest ważniejszy:

 

گر عارف حق بینی چشم از همه بر هم زن    چون دل به یکی دادی آتش به دو عالم زن

 

[gar aref-e Haqq bini, czaszm az hame bar ham zan

chon del be jeki dadi, atasz be do alam zan]

 

„Mędrca Bożego jeśli spotkasz kiedyś, odtąd już nie patrz na tych innych ludzi

Jeśliś swe serce oddał Jedynemu, w myślach spal do cna świat ten i zaświaty”

 

Ten wers ma dla mnie większe znaczenie niż poprzedni. Choć może to i normalna rzecz, to o czym w nim mowa.

 

Ivonna: Ma pan jeszcze jakieś ulubione wiersze w tej podróży? Bardzo chętnie je tu przytoczę, żeby pokazać, że Irańczycy żyją swoją poezją i jak bardzo ukochali ją wszyscy jej miłośnicy.

 

Mohammad: Ja też bardzo bym chciał, żeby wszyscy poznali naszych wielkich poetów, mogliby w ten sposób korzystać z ich myśli. Na przykład ten wiersz Attara:

 

کشته مسیرت شدم یکبارگی      من ندارم چاره جز بیچارگی

گم شدم در بحر حیرت ناگهان    زین همه سرکشی بازم رهان

 

[koszte-je masirat szodam jekbaregi       man nadaram czare dżoz biczaregi

gom szodam dar bahr-e hejrat nagahan   zin hame sarkeszi bazam rahan]

 

„Nagle rzuciłem dla Twej drogi wszystko

radą jedyną bezradność mi moja

W morzu zdumienia zgubiłem się wszystek

duszę mą ukój i bądź jej ostoją”

 

Czy też:

 

عشق کجا دامن آلودگی                      عشق کجا راحت و آسوده گی

گر تو در این مرحله آسوده ای             عاشق آسایش خود بوده ای

عشق همه سوز و گداز است و بس.......عشق همه راز و نیاز است و بس

عشق به هر سینه که کاوش کند           خون دل از دیده در آغوش کند

 

[eszq kodża daman-aludegi               eszq kodża rahat-o asudegi

gar to dar in marhale asudei              aszeq-e asajesz-e chod budei

eszq hame suz-o godaz ast-o bas       eszq hame raz-o nijaz ast-o bas

eszq be har sine ke kawesz konad     chun-e del az dide dar aqusz konad]

 

Grzech co ma niby z miłością wspólnego?

Jak też byś spokój łączyć chciał z miłością?

Jeśli masz spokój w drodze tej mistycznej –

w nim ty się kochasz, nie w Lubym prawdziwym!

           

            Miłość to płomień, dusze co roztapia

            Miłość, sekretne łkania i błagania.

            W czyim by sercu w głębie nie wnikała

            Z żalu, cierpienia, w krwi znurzona cała.

 

Ivonna: No no! Ale jeszcze coś. Ani Pupe Mahdawinader nie jechała przez Polskę, ani te dwie grupy Irańczyków, które w tym roku odbywają w imię pokoju podróż przez Europę i Amerykę. Oni w ogóle nie odwiedzają wschodu Europy. Dlatego chcę panu podziękować, że dostrzegł pan nasz kraj i zawitał do nas. Bo jak na razie żaden inny Irańczyk, niosący przesłanie pokoju, tego nie uczynił.

 

Mohammad: Pewnie nie wiodła tędy ich trasa. Istnieje dwieście państw, nie sposób odwiedzić ich wszystkich.

 

Ivonna: A jak pan sądzi, dlaczego ostatnio tak wielu Irańczyków przemierza kontynenty z przesłaniem pokoju? I Pupe Mahdawinader, i te dwie grupy rowerzystów, którzy w tym roku w wyruszyli i jeszcze są w drodze, i pan?

 

Mohammad: Po pierwsze Irańczycy to pacyfiści. „That’s the main thing.” To nie ogranicza się tylko do dnia dzisiejszego. Ma zawsze miłowaliśmy pokój. Od czasów starożytnej Persji. Zgodnie z naszym przekonaniem, ktokolwiek by nie zawitał do naszego kraju, nazywamy go tak, jak sobie życzy i nigdy nie pytamy o jego wiarę.

Zresztą nie tylko Irańczycy odbywają podobne podróże. Słyszałem, że pewna kobieta idzie samotnie ze Szwecji do Włoch. W Międzychodzie dowiedziałem się, że była tam dzień przede mną. Znaczy się sam osobiście jej nie spotkałem.

 

Ivonna: Dzięki wielkie, że zgodził się pan przez chwil kilka dzielić z nami swoim wewnętrznym światłem.

 

© Ivonna Nowicka 2007, All Rights Reserved

 

 

DWA DNI PÓŹNIEJ:

 

Mohammad dzwoni wieczorem z Tuliszowa wzruszony gościnnością rodziny Justyny i Iwony i prosi, bym przetłumaczyła im na polski słynny fragment z Sadiego (ok.1213-1292) wypisany też na gmachu ONZ-u w Nowym Jorku, co czynię w pośpiechu i wychodzi roboczo tak:

 

„Wszyscy potomkowie Adama są ze soba zrośnięci,

stworzeni zostali jako jeden organizm.

Jeśli los przyniesie cierpienie jednemu z jego członków

również tym pozostałym srodze to dokucza“

 

 

KOLEJNE TRZY DNI PÓŹNIEJ:

 

Telefon z Wielunia. To Karolina, która mówi, że Mohammad właśnie toczy ożywioną dyskusję o kulturze obu krajów z jej tatą. Wers na ten wieczór, o którego przekład prosi Mohammad:

 

رشته ای بر گردنم افکنده دوست             می کشد هر جا که خاطرخواه اوست

[resztei bar gardanam afkande dust      mikeszad har dża ke chaterchah-e ust]

 

„Owinął Przyjaciel mą szyję włosów swych puklami

I ciągnie gdziekolwiek zapragnie, woli swej drogami.”

 

- Tylko pamiętaj, że ten „dust”, ten „przyjaciel”, to Bóg, uczula mnie jeszcze szybko Mohammad przez telefon.

Potem jedzie na wywiad dla lokalnego radia wieluńskiego.

 

 

DODATEK:

 

Trasa Mohammada w Polsce od granicy z Niemcami do Warszawy i ciut dalej:

 

Kostrzyn (18.06) → Brzozowa → Skwierzyna → Międzychód → Pniewy → Bytyń → Poznań → Nekla → Września → Golina → Warszawa (29.06) → Tuliszów u przemiłej rodziny Justyny (1.07) → Wieluń u proradiowego taty Karoliny (04.07) → droga na Kraków przez Częstochowę

 

________________________

 

* Rostam – mityczny heros irański, taki perski Herkules. Więc być gotowym na to, by iść w szranki z Rostamem, to nie lada wyzwanie i nie lada odwaga.

Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Anonimowy   |2008-01-16 18:58:55
Im an iranian & proud of him!!!
Elżbieta bargiel   |2008-04-15 10:48:47
kojarzę tego mężczyzne
w wakacje maszerował przez łętownie małą
miejscowość w małopolsce i prosił o coś do picia więc pomogłam mu,powiedziało
swojej wędróce o pokój w iranie byłam bardzo pozytywnie zaskoczona ze znalazł
sie taki człowiek który dzieki silnej woli chęci i odwagi potafił wyazić swoje
poglądy swoje ale takze....szedł sam ale w imie wielu jego rodaków i nie tylko,
także w moim twoim itd.
czy napisał jakąś książke na temat swoich przeżyc i
wspomnien z tej wedrowki?????????
Anonimowy   |2008-08-04 17:56:26
Hi! My name is Tamas! I m from Hungari, in Mako
Anonimowy   |2008-08-04 18:08:02
do you remember me?
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:B):evil::silly::dry::lol::kiss::D:pinch::(:shock::X:side::):P:unsure::woohoo:
:huh::whistle:;):s:!::?::idea::arrow:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

 

Komentowane

CC logo pp logo IO UW logo unesco_logo
© 2004 - 2011 Arabia.pl MSZ - Departament Współpracy Rozwojowej Współpracujemy z Wydziałem Orientalistycznym UW partner PK ds. UNESCO