Strona Główna
Internetowa herbatka z artystami: Mohammad Szirwani cz. I Drukuj
Iranica   
środa, 17/01/2007

Internetowa herbatka z artystami

Żadne przeszkody na drodze nie istnieją

Wywiad z reżyserem Mohammadem Szirwanim cz. I

przeprowadziła (i przełożyła) Ivonna Nowicka

dla wtajemniczonych oryginalna perska wersja wywiadu: 
http://www.jenopari.com/article.aspx?id=492

 Mohammad Szirwani (ur. 1973 w Teheranie), irański reżyser filmów fabularnych i dokumentalnych. Uzyskał licencjat z malarstwa i projektowania na Uniwersytecie Teherańskim.

Jego pierwszy film, krótkometrażowy „Krąg” (1998) zdobył w 1999 roku nagrodę w Cannes i od tego czasu Szirwani poważnie zajął się reżyserowaniem. Nakręcił osiem filmów fabularnych i dwa dokumentalne (pełna filmografia i nagrody poniżej po wywiadzie). Zdobył dwadzieścia pięć nagród w samym Iranie i jedenaście na świecie. Obecnie kończy kuriozalny projekt pt. „Siedem niewidomych reżyserek” – 20-minutowe autobiografie niewidomych kobiet, które pod jego kierunkiem nauczyły się robić filmy.           

W połowie grudnia 2006 roku twórca gościł w Warszawie z okazji emisji swojego długometrażowego filmu dokumentalnego „Prezydent Mir Qanbar” na 6. Międzynarodowym Festiwalu Filmów Dokumentalnych „Watch Docs. Prawa Człowieka w Filmie”. W niedzielę 17 grudnia, po tym jak zwiedził bazar na Stadionie Dziesięciolecia jako alternatywną atrakcję turystyczną regionu, udało mi się wykraść mu trochę czasu i przeprowadzić z nim wywiad.

 

O filmie „Prezydent Mir Qanbar”           

 

Bohater Mir Qanbar Hejdari (ur. 1930) to uśmiechnięty pobożny staruszek z wioski w irańskim Azerbejdżanie. Z zadziwiającą wytrwałością dąży do tego, by wejść do irańskiego parlamentu, madżlesu oraz – zdobyć fotel prezydencki. Na rozklekotanym rowerze, z megafonem, czerwoną flagą z cytatem z Koranu i trzema ulotkami dla każdej wsi jeździ po drogach i bezdrożach, przeprawia się przez strumienie i wspina na strome zbocza, by zachęcić ludzi do głosowania na siebie.           

Na prezydenta kandyduje już po raz czwarty. Poprzednio ubiegał się o to stanowisko w wyborach VI (1993), gdy wygrał Haszemi Rasandżani oraz VII i VIII (odpowiednio 1997 i 2001), które przyniosły zwycięstwo Mohammadowi Chatamiemu. Skrzętnie zapisał też wszystkie swoje osiągnięcia w wyborach parlamentarnych – udało mu się m.in. zdobyć 306, 698, 139 i 1236 głosów.           

Reżyser śledzi kampanię Mir Qanbara do IX wyborów prezydenckich zaplanowanych na czerwiec 2005 roku. Było wtedy ponad 1000 kandydatów na kandydatów. Wygrał Mahmud Ahmadineżad.   

 

[Szlaban na kino] 

 

Ivonna Nowicka: Proszę opowiedzieć o swojej drodze do kina. Na pewno w dzieciństwie oglądał pan masę filmów, fascynował się nimi. 

 

Mohammad Szirwani: To znaczy jak doszedłem do kina? 

 

IN: Do tego, czym się pan teraz zajmuje, tak. 

 

Szirwani: Większość moich współpracowników od dzieciństwa interesowała się kinem, to znaczy dorastali w rodzinach kulturalnych, artystycznych, związanych z filmem i potem ich droga życiowa się zmieniła. Ale w moim wypadku wygądało to inaczej. Ja żyłem w tradycjonalistycznej rodzinie religijnej w stolicy, w Teheranie, i oni [moi rodzice; uwagi w nawiasach I.N.] nie popierali tej formy sztuki, byli jej przeciwni z przyczyn związanych jeszcze z okresem sprzed rewolucji irańskiej, gdy miała ona dość specyficzny charakter. Może sądzili, że od tamtej pory kino się nie zmieniło. Zawsze byłem grzecznym dzieckiem i skoro nie chcieli, żebym chodził do kina bez ich zgody, to i nie chodziłem. Aż w końcu w wieku siedemnastu lat po raz pierwszy poszedłem sobie do kina i wtedy obudziła się we mnie wielka pasja do filmu. I droga mojego życia kompletnie się odmieniła. Przedtem jedyną formą sztuki, jaką uprawiałem, było malarstwo. Od dziecka malowałem. Ale tak się stało, że nie dostałem się na kierunek filmowy, tylko na malarstwo. Uzyskałem licencjat z malarstwa na Uniwersytecie Teherańskim. Ale cały czas byłem zakochany w kinie, tylko że nie pojawiały się sprzyjające warunki do tego, bym kręcił film. Aż w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku udało mi się zrobić mój pierwszy obraz krótkometrażowy pod tytułem „Dājere”, „The circle”.           

Z drugiej strony byłem [wtedy] w wojsku, gdzie pracowałem, odbywałem służbę wojskową i ta służba zbiegła się w czasie z powstawaniem mojego filmu. Postanowiłem uciec (śmiech) i kręcić filmy. Na szczęście dla mnie dzięki temu, że „Krąg” odniósł sukces w kraju i za granicą, armia mi w pewnym sensie darowała. Bo przecież uchodziłem za dezertera. Gdyby nie zdobył on nagrody na Festiwalu Fadżr [w Teheranie], gdyby nie dotarł do Cannes we Francji, być może moje losy potoczyłyby się inaczej. Ale dzięki tym wypadkom moja droga życiowa się zmieniła i od tamtej pory po dziś dzień jako pełnoetatowy reżyser kinowy kręciłem filmy, kręciłem filmy i kręciłem filmy (śmiech). 

 

IN: O czym jest „Krąg”? 

 

Szirwani: Tak naprawdę o moim własnym stanie ducha w owym czasie. Ale oczywiście bohaterem był siedemdzesięciopięcioletni starzec, starszy ode mnie o całe pięćziesiąt lat – ja miałem wtedy dwadzieścia pięć lat. To człowiek wplątany w tryby codzienności i w powtórzenia, który wbrew swej woli dalej wiedzie takie życie, życie, które mu nie odpowiada. Aż pewnego dnia postanawia przynajmniej jeden dzień przeżyć tak, jak pragnie. Taki był mój stan, to opowieść o moim stanie ducha. W tamtym czasie nie byłem zadowolony z życia, jakie prowadziłem. 

 

IN: Słuchając pana, zaintrygowało mnie, co też to był za film, ten najpierwszy, jaki pan obejrzał w kinie? 

 

Szirwani: Ciekawe, że... 

 

IN: To nie było nic specjalnego? (śmiech) 

 

Szirwani: Nie, nie. To był film artystyczny... 

 

IN: Irański? 

 

Szirwani: Nie, japoński. Nosił tytuł „Kwaidan” [1965] w reżyserii [Masakiego] Kobayashiego. To niesamowite, jak silny wywarł na mnie wpływ. Za jego sprawą zrodziło się we mnie zainteresowanie kinem autorskim. Bo przecież do tamtej pory widzieliśmy masę płytkich, komercyjnych filmików w telewizji. Ale ten film bardzo głęboko na mnie oddziałał. 

 

IN: Wspomniał pan, że rodzice nie chcieli, by chodził pan do kina, bo jeszcze sprzed rewolucji mieli złe zdanie na jego temat. Dlaczego? O co panu chodzi? (Bo ludzie tu tego nie wiedzą). 

 

Szirwani: Chodzi mi o to, że z ich punktu widzenia przedrewolucyjne kino cechowała swoboda obyczajowa, był w nim seks, co ja tam wiem, taniec, stosunki płciowe. Nie pasowało do mentalnością ludzi religijnych w Iranie. 

 

IN: Reprezentowało tani styl. 

 

Szirwani: Tak. 

 

IN: Uważa się pan bardziej za reżysera filmów dokumentalnych czy niedokumentalnych? 

 

Szirwani: Uważam się bardziej za... Hm, do tej pory nakręciłem dziesięć filmów. Spośród nich tylko dwa są dokumentalne, reszta to fabularne. To znaczy interesuje mnie bardzo opowiadanie historii, dlatego też uznałbym się raczej za reżysera-opowiadacza, za narratora fabuł. Ale cóż, kino dokumentalne to wielka frajda i teraz, gdy już raz się nim zająłem, nie ma szans, bym łatwo mógł się z nim pożegnać. Z całą pewnością pomiędzy filmami kinowymi i historiami, jakie opowiadam, będę też robił dokumenty.  

 

[Z „Amatorem” za pan brat] 

 

IN: W kwestii filmów dokumentalnych kogo, czyje prace uznałby pan za swój wzorzec? Może ma pan takiego reżysera, czy taki film, którego poziom chciałby pan osiągnąć, o którym pan myśli, „to świetna rzecz, tak właśnie robi się filmy”. 

 

Szirwani: Tego rodzaju pytania wymagają ogromnego skupienia, żeby przebiec myślami swoją przeszłość i zastanowić się, którzy autorzy filmów dokumentalnych wywarli na człowieka wpływ... 

 

IN: Którego reżysera nosi pan zawsze w sercu? 

 

Szirwani: ...ale w mojej reżyserskiej pamięci uktwiły dzieła [Roberta] Flaherty’ego, jednego z pionierów filmu dokumentalnego. Na przykład „Nanuk z Północny” [1922] o pewnym Eskimosie z rejonu podbiegunowego. Ale kiedy prześć do czasów bardziej współczesnych, to zdarzało mi się oglądać dobre dokumenty, choć w tej chwili akurat nie przypominam sobie nic konkretnego.           

Ta samo ma się sprawa z kinem fabularnym. Nie jestem w stanie wskazać mojego najbardziej ukochanego reżysera. Można lubić wielu reżyserów, może się zdarzyć, że na człowieku wywarł wrażenie jeden film każdego z nich. Choćby tego nieżyjącego reżysera polskiego... Bo my w Iranie znamy trzech reżyserów polskich, przede wszystkim ich filmy oglądaliśmy. 

 

IN: Jakich? Szirwani: Kieślowskiego, Anrzeja Wajdę i Zanussiego. Ci trzej to dobrzy reżyserzy, są u nas lubiani. Ale nie da się powiedzieć, który bardziej, a który mniej, który z ich filmów najbardziej przypadł człowiekowi do gustu. Jednak jeśli chodzi o mnie, to niezmiernie bliski jest mi pierwszy długometrażowy film fabularny Kieślowskiego, ponieważ opowiadana w nim historia i postać bohatera zbiegały się bardzo z moim życiem prywatnym, chodzi o film zatytułowany „Szifte-je durbin” [Zafascynowany kamerą], czy inaczej „Amator”. Zaliczam go do dwudziestu moich ulubionych filmów. Może nie będę teraz w stanie wymienić reszty (śmiech), ale bez wątpienia to jeden z obrazów, jakich nigdy nie zapomnę. Myślę, że to opowieść o duszy Kieślowskiego.           

Pod koniec główny bohater robi pewien krok – i wybiera życie. W pewnym sensie porzuca kino – dla życia, dla rodziny, która rozpadła się przez jego miłość do filmu. Ale ja..., jedyna różnica między mną a nim polegała na tym, że ja nie zdołałem postąpić tak jak on, dalej kocham kino i przez nie wiele w życiu przegapiłem.  

 

[Lepiej robić coś bezużytecznego niż nie robić nic] 

 

IN: Ponieważ na tym Festiwalu Filmów Dokumentalnych [Watch Docs] wyświetlany był pana film, jakże by inaczej – dokumentalny, „Prezydent Mir Qanbar” – chciałam teraz porozmawiać trochę o nim. Po pierwsze, po obejrzeniu go nasuwa się pytanie, jak pan wytropił tego człowieka, jak to się stało, że spośród tylu kandydatów [na prezydentów Iranu] nakręcił pan film właśnie o nim? 

Szirwani: Chciałbym tutaj podać krótkie swoje CV, może będzie pani chciała wykorzystać je na początku. Spośród dziesięciu nakręconych przeze mnie filmów siedem to krótkometrażowe fabuły. Jeden to długometrażówka, która w Iranie nie uzyskała zezwolenia na emisję, pod tytułem „Navel”, czy „Nāf” [Pępek]. Mam jeszcze w dorobku długometrażówkę dokumentalną „Ra’is dżomhur Mir Qanbar” [„Prezydent Mir Qanbar”] i jeszcze jeden dokument, „Lejli kodżāst” [„Gdzie jest Lejli”] o ludowej muzyce irańskiej i jej badaczu, który całe swoje życie poświęcił na poznawanie muzyki różnych grup etnicznych zamieszkałych w Iranie, muzyki, która jest zagrożona i która ginie. I jeszcze... . Już mamy dziesięć? Jeszcze jeden projekt właśnie finalizuję. Nosi on tytuł „Haft filmsāz-e zan-e nābinā” [„Siedem niewidomych reżyserek”], w którym nie ja jestem reżyserem, moja rola sprowadza się do podsunięcia koncepcji i opracowania całego planu. Siedem niewidomych pań pod moim kierunkiem nauczyło się podczas trzymiesięcznych warsztatów kręcić filmy i teraz same robią o sobie filmy przy użyciu niewielkich kamer cyfrowych. Nie widząc. Za miesiąc będzie gotowy. Teraz zaś piszę scenariusz do mojego nowego filmu fabularnego... 

 

IN: O czym on będzie? 

 

Szirwani: Analizuję w nim na tle życia społecznego poetycką, przepojoną miłością relację między matką a synem. Porusza on głównie, to film, mający antywojenne przesłanie, będzie dotyczył życia nas, Irańczyków, po wojnie [irańsko-irackiej 23.09.1980-08.08.1988] i piętna, jakie odcisnęła ona na naszej dzisiejszej egzystencji.           

(...) Prawie wszystkie moje filmy były oglądane za granicą, niestety bardziej [niż w Iranie]. W Iranie moje filmy autorskie, filmy specyficzne rzadziej się pokazuje, przy czym nie chodzi tu o kwestie polityczne. Tak że większość z nich wyświetlana jest na festiwalach za granicą. W związku z tym moje filmy gościły dwieście razy na świecie, tymczasem nie dana mi jest przyjemność oglądania ich z rodakami. To by było na tyle.           

Pytała pani o „Prezydenta Mir Qanbara”. To przypadek sprawił, że go nakręciłem. Któregoś dnia znajomy powiedział, że... bo ja mieszkam w Teheranie, urodziłem się w Teheranie i jak do tamtej pory nie miałem w dorobku żadnego filmu o tematyce wiejskiej. Wszystkie moje filmy dotyczyły miasta, ich akcja rozgrywała się w Teheranie. Więc któregoś dnia znajomy powiedział mi, że w okręgu, z którego pochodzi jego ojciec, mieszka pewien staruszek, taki ciekawy starszy człowiek, który mimo swoich siedemdziesięciu pięć lat ma w sobie wielką nadzieję, bardzo silną wolę i pełen optymizmu patrzy w przyszłość. Chce zostać prezydentem kraju i konsekwentnie dąży do tego celu. Nawet cztery, nie, pięć razy kandydował oficjalnie do madżlesu i cztery razy wpisał się na listę kandydatów na prezydenta. Osobiście siada na rowerze i z megafonem w ręku jeździ na tym gruchocie po różnych wioskach i prowadzi kampanię wyborczą. Zaintrygowało mnie to. Każdego by zaintrygowało. [Znajomy] powiedział, że to jeszcze nie koniec! Że po dwudziestu pięciu latach prób zdał w końcu egzaminy wstępne na studia i w wieku siedemdziesięciu lat dostał się na uniwersytet, i teraz jest do tego najstarszym studentem Iranu. Powiedziałem: „Dobra, cała ta historia wydaje się dość osobliwa, bardzo surrealistyczna i egzotyczna i każdego może zaciekawić, ale dopóki nie ujrzę tego człowieka na własne oczy, nie mogę powiedzieć, czy będę chciał nak I odwrotnie, tak jak babki broniły się przed przymusowym zdjęciem czadoru, tak samo ich wnuczki nie chciały łatwo zgodzić się na włożenie go. Jak babcia Azar Nafisi niechętnie odnosiła się do zdjęcia zasłony, tak jej wnuczka zamierzała „być równie nieugięta w swojej odmowie”[1] noszenia jej. ręcić o nim film, czy nie.” Wyruszyliśmy w drogę, przebyliśmy tych kilkaset kilometrów, aż dotarliśmy do północno-zachodniego Iranu, do zapadłej wioski, której mieszkańcy mówią po azersku. Spotkaliśmy Mir Qanbara i w końcu tryby tego filmu zaskoczyły i tym sposobem ujrzał on światło dzienne. 

 

IN: Co on studiuje? Mówi pan, że to najstarszy student – jakiego kierunku? 

 

Szirwani: Jest na ostatnim roku nauk humanistycznych i planowania (śmiech). 

 

IN: Niesamowite! Tu w Polsce mówi się o Ameryce, że to kraj wielkich szans, że tam i pucybut może zostać miliarderem. Z drugiej strony w Iranie też prosty duchowny wspiął się w końcu na szczebel przywódcy. Może zachodzi tu jakieś podobieństwo, może ten fakt, że jak by nie było prosty duchowny osiągnął poziom przywódcy państwa, inspiruje ludzi, może zasiewa w nich myśl, że oni też mogą przebyć tę oddolną drogę na szczyty?           

Czy pana zdaniem to właśnie ten czynnik sprawia, iż tacy ludzie jak Mir Qanbar zgłaszają swoją kandydaturę na prezydenta? Wszak sam Mir Qanbar powołuje się w filmie na słowa tego przywódcy: „musimy wierzyć, że możemy rządzić krajem”, nie pamiętam, jak to brzmiało po persku, ale taki był ich sens. 

 

Szirwani: Tak, przytacza zdanie imama: „Musimy sami uwierzyć, że możemy mieć siłę do tego, by kierować krajem”. 

 

IN: Zatem powołuje się na słowa imama, i sam imam też przebył, no, długą drogę. Czy myśli pan, że to staje się natchnieniem dla ludzi? Sprawia, że jest aż tylu kandydatów na prezydentów, nawet takich jak ten staruszek? 

 

Szirwani: Bez wątpienia imam był osobowością bardzo bliską ludowi i jego słowa wywierały na niego przeogromny wpływ, silnie na nich oddziaływały. To naturalne, że ludzie tacy jak Mir Qanbar i wielu wielu innych w innych miejscach [kraju] mogą widzieć dla siebie wzór w osobie prostego duchownego w tym stylu, który zaczynając od zera, wspiął się na samą górę i został przywódcą. Z tego punktu widzenia to nie jest złe, że jakiś naród uważa, iż startując od niczego, może w społeczeństwie osiągnąć wszystko. To jakaś nadzieja..., 

 

IN: Sądzi pan, że Irańczycy tak właśnie uważają? 

 

Szirwani: ...ale nie można powiedzieć, by myśleli tak wszyscy Irańczycy, czy nawet większość z nich. Nie. Nie uważają, że droga do tego, by zostać prezydentem tego kraju czy też przywódcą tego kraju, stoi dla nich otworem. Nie jest tak, by to było takie proste, by ludziom tak się wydawało.           

Pewien krytyk filmowy, który pisał o tym filmie, stwierdził: „geniusze usunęli się w cień, stracili motywację, stąd też na tym polu działają ludzie w stylu Mir Qanbara”. Może chodziło mu o to, że gdy wybitne jednostki nie wykazują się zbytnią aktywnością w sferze polityki, to takim Mir Qanbarom wydaje się, iż mogą jakoś przysłużyć się swojemu narodowi. Tak uważał ten krytyk, to nie jest moje zdanie.           

Myślę, że..., w końcu hasła naszej rewolucji, hasła wtedy wznoszone mówiły o niesieniu pomocy zbiedniałym (mostaz’afin) i bosym, można powiedzieć, że wyrosły z istoty naszej religii, bo przecież w przeszłości przesłania Proroka islamu przemówiły do biedoty i do niższych warstw społecznych. Przez to islam szybko się rozprzestrzenił. Hasła rewolucji islamskiej z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku były takie same, porwały ogromne rzesze ludności, wszyscy chcieli oddać życie za rewolucję. Mir Qanbar należy do tej właśnie grupy, pozostał wierny rewolucji i jej ideałom. Wierzy, że może osiągnąć... tak jak po dwudziestu pięciu latach starań udało mu się z pomocą Boga [jak wierzy] dostać na studia, tak też ten Bóg może go wesprzeć w jego wysiłkach, by zostać prezydentem. 

 

IN: Wierzy, to znaczy ma nadzieję? Czy pana zdaniem można powiedzieć, że to film o ogromie ludziej nadziei, o sile ludzkiej nadziei? 

 

Szirwani: Tak. Może najważniejszą sprawą w tym filmie dla mnie było to, że człowiek zawsze, z każdego narodu, z każdym obywatelstwem, może mieć wielkie marzenia, nadzieje, wniosłe cele. Te marzenia, te nadzieje i uskrzydlone zamierzenia w innych ludziach mogą wzbudzać jedynie politowanie, ale z punktu widzenia samego zainteresowanego jego cel jest dlań bardzo wielki i wzniosły i gotowy jest on poświęcić swoje życie na to, by go zrealizować.           

Taki ktoś jak Mir Qanbaru, który jest wieśniakiem i może sprawiać wrażenie niedokształconego i tak dalej – ja go cenię, bo on ma wielkie marzenia i nadzieje, wzniosłe ambicje i nie szczędzi trudu, by je osiągnąć. Nawet jeśli nie dopnie swego, nawet jeśli jesteśmy przekonani, jeśli uznamy z całą pewnością, że jego wysiłki idą na marne, to samo to dążenie do wyższych celów, do tego, by się wznieść, samo w sobie jest wartościowe. 

 

IN: Podczas spotkania po projekcji filmu wspomniał pan, że zabrał Mir Qanbara ze sobą [na festiwal] do Locarno i że powiedział on tam tę ciekawą rzecz, iż „lepiej robić coś bezużytecznego, niż nie robić nic”. To dowodzi, że sam jak najbardziej trzeźwo ocenia swoje wysiłki... (śmiech) 

 

Szirwani: Tak. To zdanie, brzmiące w ustach Mir Qanbara bardzo filozoficznie i dziwnie (śmiech), w filmie też się chyba uwidacznia. Może sam Mir Qanbar zdaje sobie sprawę z tego, że obrał trudną drogę, ale to niesamowite, że ten staruszek, mający tyle lat, nie siedzi z założonymi rękoma, tylko cały czas chce działać i myśli, że będzie żył jeszcze ze sto lat.  

 

[W każdym z nas tkwi taki mały Don Kichote] 

 

IN: Po polsku mamy przysłowie, muszę zerknąć teraz do swoich notatek, że „wiara przenosi góry”. Jeśli dobrze pamiętam, podczas tego spotkania przyrównał pan Mir Qanbara do postaci Don Kichote’a. Ale moim zdaniem on reprezentuje bardziej ludzi typu Krzysztofa Kolumba, który też był takim Don Kichotem, tyle że mu się powiodło, coś zdziałał – odkrył Amerykę. Może każdy, kto dokonał czegoś niezwykłego, na pewnym etapie swojego życia był takim Don Kichotem, był takim Mir Qanbarem, którego poczynania wydają się płonne, ale potem myślimy: „No no, nieźle! Ten to czegoś dokonał!” Za sprawą pana filmu nasunęła mi się taka refleksja – czym by ten nasz świat był bez takich Don Kichote’ów? Być może tacy ludzie są niezbętni, by osiągane były wspaniałe rzeczy? Jak pan sądzi? 

 

Szirwani: W każdym z nas tkwi taki mały Don Kichote. Pierwszą osobą, na jaką ten film oddziałał, byłem ja sam. To znaczy, realizując go, kręciłem jakby film o samym sobie. Z Mir Qanbarem łączyło mnie to, że... cały czas pytałem sam siebie: „Po co ty człowieku robisz ten film? Jaki on ma z tobą związek?” Potem powiedziałem sobie, „Aha, najważniejsza kwestia”..., gdy był już gotowy i gdy go obejrzałem, uświadomiłem sobie, że najważniejszą kwestią jest to, że ze wszystkimi moimi marzeniami i ideałami ja też jestem takim Don Kichotem. Ja też jestem człowiekiem z głową w chmurach. Mnie też się wydaje, że tworząc swoje filmy, mogę przenosić góry. Dlatego nie nadałem mu takiej wymowy, jakbym chciał kogoś ganić, [pokazać] że Mir Qanbar to taki typ donkiszotowski. Nie! Wszyscy możemy być Don Kichotami zawładniętymi kilkoma nieosiągalnymi marzeniami. Ale oczywiście jeden w połowie drogi ustaje i nie idzie dalej, ale drugi kontynuuje, kontynuuje tak długo, aż jego trud przyniesie owoce.           

Przypomniała mi się historia [zasłyszana] od kolegi, który mieszkał we Francji, Irańczyka, który pochodził z pustynnych stron, z Jazdu. Opowiedział mi, że jak był dzieckiem, ojciec zabierał go na pustynię, gdzie kopał studnię. Znajomy pytał: „Tato, na co ty kopiesz tę...” 

 

IN: Studnię czy kanat*

 

Szirwani: Nie, studnię. 

 

IN: W piasku? 

 

Szirwani: Tak. „Tato”, pytał, „na co my tu kopiemy?!” „Żeby dotrzeć do wody.” „Tato”, dziwił się chłopak, „nie ma najmniejszej szansy, żebyśmy tutaj dokopali się do wody!” Ha, ha! „Ależ tak, dokopiemy się”, ojciec na to. Kopał i kopał, „w miarę upływu dnia ogarniało mnie zmęczenie”, mówił kolega, „tymczasem ojciec wciąż wytrwale kopał. Tato”, pytał, „jesteś pewien, że dotrzemy do wody?” „Będziemy kopać tak długo”, odpowiadał ów, „aż do niej dotrzemy.” 

 

IN: Przeczytam panu wiersz polskiej poetki, który też dotyczy tego rodzaju zamierzeń, rzeczy z pozoru niewykonalnych, które mimo to ludzie dokonują. Wiersz – jak mi się wydaje – o sile ludzkiej woli, bo o tym wszak rozmawiamy. Nieżyjącej już poetki, Haliny Poświatowskiej, bez tytułu: 

„myślę że jest trudno pisać wiersze

spójrzcie ile razy nie udaje się to tym,

którym powinno się udać,

ale myślę także że niełatwo jest

połykać truciznę zdobyć szczyty gór

przepłynąć kanał La Manche

a jednak to wszystko są ludzkie osiągnięcia

dlatego ośmielam się raz jeszcze”

 

[perski przekład w niewydanym tłumaczeniu Ivonny Nowickiej i Alegorezy Doulatszahiego] 

 

Szirwani: Taak. 

 

IN: Problem wydaje się analogiczny. 

 

Szirwani: Na tym polega życie. Życie to walka. 

 

IN: Tak samo też, jak sądzę, na tym polega ludzka wola. I na tej poprzedniej rzeczy, na byciu Don Kichotami. 

 

Szirwani: Tak. 

 

IN: Mir Qanbarami... 

 

Szirwani: Na takie narody, które wiele wycierpiały, jak Polacy, jak Irańczycy, ludzie zawsze patrzą... może wszyscy zapatrują się pesymistycznie, negatywnie na tę kwestię, ale z drugiej strony... 

 

IN: Na jaką kwestię? 

 

Szirwani: Na kwestię narodów, które więcej doświadczyły, które walczyły, stawiały opór. Jeżeli spojrzymy na to pozytywnie, to one są większe. To narody, które przez trudy, jakie przyniosła im historia, urosły, uformowały się. Jeśli w życiu nie będzie tarcia, jeśli nie ma tarcia, to człowiek w ogóle nie jest w stanie iść, opór podłoża jest niezbędny. Bez tarcia nie ma ruchu.           

Znów przypomniał mi się dialog z jednego filmu, chyba z „Trzeciego człowieka” [1949] bodajże Carola Reeda, do którego tekst napisał niezapomniany Orson Welles. Dokładnie nie pamiętam, ale chodziło o to, że jeden z bohaterów mówi do drugiego, porównywał Szwajcarów z Włochami i powiedział, że Włosi przeszli przez niezmiernie ciężki okres faszyzmu, byli ciemiężeni, gnębieni, ale wydali z siebie Michała Anioła, da Vinciego, w filmie stworzyli neorealizm włoski. Za to Szwajcarzy, którym zawsze żyło się jak w kolebce demokracji i wolności, cóż oni wnieśli [do kultury światowej]? – Zegarki, zegarki na rękę (śmiech). Trudności zawsze muszą być. 

 

IN: Tego tu nie zamieszczę, ale oczywiście nie tylko zegarki i czekoladę, lecz [czytałam, że] także substancje, z których można produkować bomby chemiczne. Sami bomb chemicznych nie produkują, tylko substancje.... Ale tego nie dam [do tekstu wywiadu].           

Można więc stwierdzić, że to film o wielkości ludzkiej woli? Ja to w nim dostrzegłam. 

 

Szirwani: Tak. 

 

IN: Czego się pan nauczył od Mir Qanbara? 

 

Szirwani: (długa cisza) Żadne przeszkody na drodze nie istnieją. (cisza) Nigdy. 

 

IN: Czy chciałby pan dodać coś jeszcze na temat tego filmu, co powinno zostać tu powiedziane? 

 

Szirwani: Aha, bo już pani więcej… 

 

IN: Więcej pytań o nim nie mam. Jeżeli nie, to przejdę do następnych. Gdyby coś się panu nasunęło, proszę to dodać. 

 

Szirwani: W porządku.

 

druga część wywiadu już wkrótce 



[1] Tamże, s. 195.

* Kanat (pers. „qanāt”) – podziemny sztuczny kanał irygacyjny doprowadzający chłodną wodę z gór do odległych, suchych rejonów; tradycyjna metoda nawadniania w Iranie; (przyp. I.N.).

 

druga część wywiadu: http://www.arabia.pl/content/view/287988/96/

Komentarze
Dodaj nowy Szukaj
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytuł:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
:angry::0:confused::cheer:B):evil::silly::dry::lol::kiss::D:pinch::(:shock::X:side::):P:unsure::woohoo:
:huh::whistle:;):s:!::?::idea::arrow:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

 

Komentowane

CC logo pp logo IO UW logo unesco_logo
© 2004 - 2011 Arabia.pl MSZ - Departament Współpracy Rozwojowej Współpracujemy z Wydziałem Orientalistycznym UW partner PK ds. UNESCO