|
Nasz świat stracił zdrowy rozum wywiad Ramina Dżahanbeglu z XIV Dalajlamą 2006 r. przekład z perskiego Ivonna Nowicka słowo wstepne od tłumaczki oraz informacje o Raminie Dżahanbeglu znajdują sie w pierwszej części internetowej herbatki z intelektualistami http://www.arabia.pl/content/view/285932/96/
„Naprawdę uważam, że światowi islamu potrzebny jest większy kontakt ze światem zewnętrznym. Izolacjonizm to przestarzały sposób myślenia. Dla krajów muzułmańskich niezbędny jest kontakt ze światem zewnętrznym, który sprawi, że zostaną odkryte i poznane.” (XIV Dalajlama)
Ramin Dżahanbeglu: Wasza Świątobliwość, szóstego lipca 2005 roku ukończyliście siedemdziesiąt lat. Wasza sława i Wasz wpływ sięgają daleko poza sześciomilionową społeczność tybetańskich wyznawców. Staliście się sumieniem świata. W przeszłości żaden dalajlama tyle nie podróżował ani nie miał tylu obowiązków. Czy mogę spytać, jaki jest sekret Waszej niezmożonej energii? I jak udaje się Wam na bieżąco załatwiać ogrom ciążących na Was spraw? Dalajlama: Sądzę że ma to związek z moją wydajnością. Jak panu wiadomo, wszystkie religie mówią o tym, że należy kierować się miłością, miłosierdziem, tolerancją i tym podobnymi wartościami. W buddyzmie współczucie również ma fundamentalne znaczenie. Na pewno wie pan o istnieniu dwu głównych tradycji w buddyzmie, palijskiej i sanskryckiej. W tej sanskryckiej współczucie nie sprowadza się tylko do wzajemnego miłosierdzia. To swego rodzaju wzajemne zobowiązanie i umowa. W pewnym stopniu takie postępowanie stanowi całą moją istotę, zresztą nie tylko moją – tacy są wszyscy ludzie, którzy poświęcają swoje „ja” w służbie dla bliźnich i to nie tylko w tym życiu, lecz i w swoich przyszłych żywotach. Takie zobowiązanie to w buddyzmie wymóg. Dam panu przykład z życia pewnego buddyjskiego mnicha, który ma już osiemdziesiąt pięć lat. Po 1959 roku spędził on 18 lat w chińskim „gułagu”. Na początku 1980 roku przybył do Dharamsali, bo Chińczycy zezwolili niektórym Tybetańczykom na opuszczenie Tybetu. Rozmawiałem z nim. Powiedział mi, że przez tych 18 lat więzienia zmagał się z wieloma niebezpieczeństwami. Spytałem, co to były za niebezpieczeństwa. A on odrzekł, że najgorszym z nich była groźba utraty współczucia wobec Chińczyków. Sądzę, że to dobrze oddaje ogromną wagę współczucia i jeśli ono ucierpi, ludzkość znajdzie się w niebezpieczeństwie. Może nie osiągnąłem poziomu tego mnicha, może jestem człowiekiem, który miewa napady złości. Ale niezależnie od tego, jaki jest mój potencjał, niezależnie od tego, jaki reprezentuję poziom, mogę i muszę w ten czy inny sposób służyć bliźnim. Mam poczucie, że jako buddysta, a także jako dalajlama, jako ktoś, komu została stworzona ta okazja – do noszenia tytułu dalajlamy –, że w porównaniu z tymi duchownymi dane mi są lepsze warunki do służenia innym. Więc tę okazję wykorzystuję. Kiedy spojrzy się na życie w ten właśnie sposób, nigdy nie ogarnie człowieka zmęczenie. Oto sekret mej niezmożonej energii. Dżahanbeglu: To pewnie Wasza Świątobliwość nie może poświęcać tyle czasu, ile byście chcieli, takim pasjom jak rzemiosło, choćby zegarmistrzostwo? Dalajlama: O tym to w ogóle nie ma mowy. Zresztą nie pasjonuję się znów tak bardzo rzemiosłem. Moje ulubione zajęcie to czytanie książek. Obecnie gdy tylko znajduję okazję, zatapiam się w lekturze, w lekturze klasyki, niekiedy sięgam też po nowe tytuły, głównie po tybetańsku. Dżahanbeglu: W czym Wasza Świątobliwość upatruje przyczynę coraz liczniejszego przechodzenia na buddyzm na Wschodzie i na Zachodzie? Czy można powiedzieć, że filozofia buddyjska przeżywa niejako światowy renesans? Dalajlama: Nie jestem pewien, czy rzeczywiście zachodzi coś takiego, co pan nazywa „renesansem buddyzmu”. Ale uważam, że ludzie mają dostęp do większej ilości informacji i książek, również dzięki rozpowszechnieniu się turystyki informacje łatwiej docierają do różnych miejsc na Ziemi. To zatem oczywiste, że zdarzają się rozmaite jednostki o nietradycyjnych naturach, dla których religia buddyjska czy stara filozofia hinduska są czymś nowym. W rzeczywistości ludzie dochodzą do wniosku, że kroczenie drogą buddyzmu będzie dla nich odpowiedniejsze z ciekawości, a czasem w oparciu o logikę i zdrowy rozum. Moim zdaniem ludzie w innych zakątkach globu, którzy nie mieli dotąd styczności z buddyzmem, skłaniają się teraz ku niemu w związku z zaistniałą sytuacją i obecnym poziomem wiedzy. Wypada mi też wspomnieć, że większy zasób informacji sprawił, iż w społeczności buddystów tybetańskich również zdarzają się osoby odnoszące się krytycznie do buddyzmu. Przez pewien czas był on w Chinach całkowicie zakazany. Teraz jednak dzięki dostępności informacji wzrosło zainteresowanie buddyzmem tybetańskim i fascynacja nim. Dżahanbeglu: Wydaje się, że wypowiedzi Waszej Świątobliwości na temat niestosowania przemocy i drogi współczucia wywarły ogromny wpływ. [Czy to dlatego, (wszystkie uzupełnienia w nawiasach kwadratowych, I.N.)] że są one w większym stopniu oparte na pokojowym wymiarze religii? Dalajlama: Uważam się za zwolennika lub ucznia Mahatmy Gandhiego i miłośnika Matki Teresy. Ale różnica między mną a Mahatmą Gandhim jest taka, że Gandhi był prekursorem i pokazał drogę, podczas gdy ja obrałem go sobie za wzór i podążam tą wyznaczoną przezeń ścieżką. Choć bez wątpienia w naszej epoce, na przełomie XX i XXI wieku jesteśmy znacznie bardziej naukowi i wykazujemy większą łagodność w naszych zapatrywaniach. Ale Mahatma Gandhi był świętym, my tymczasem jesteśmy maluczkimi ludźmi. Mimo to podstawą dla mnie do tego, by przestrzegać zasady niestosowania przemocy, nie jest czyjeś nauczanie, lecz zdrowy rozum. Zawsze kiedy mówię o niestosowaniu przemocy, to wcale nie nawiązuję do Buddy czy do tradycji jakiejś innej religii, tylko opowiadam o wspólnych doświadczeniach. Przemoc to dręczenie. Sens pokoju i spokoju nie sprowadza się tylko do braku cierpienia, to także droga podtrzymywania i ochrony szczęścia. Chodzi tu o chronienie siebie przed bólem i wzmacnianie wewnętrznego źródła radości. Na tym polega spokój, niezależnie od tego, czy osiąga się go dzięki zdobyczom nauki, czy w oparciu o wspólne doświadczenia i obserwacje. Nie mówię o życiu po śmierci czy o Bogu. Powiedzmy, że w buddyzmie nie ma jasno sprecyzowanej idei Boga. Z perspektywy chrześcijanina czy judaisty jestem ateistą. W przeciwieństwie do nich komuniści uważają mnie za człowieka wierzącego. Nie wiem, może plasuję się gdzieś pośrodku! Na tej podstawie opisuję niekiedy religię buddyjską jako pomost. Gdzieniegdzie religia ta zasymilowała takie wzniosłe wartości, jak kontemplacja, kult, modlitwa. Utrzymujemy też kontakty z wierzącymi. To prawda, że nie mamy ogólnego wyobrażenia Boga, ale uznajemy istnienie wyższej istoty, do której możemy się modlić i zanosić prośby o zmiłowanie. Radykaliści w ogóle nie uważają buddyzmu za religię. Powiadają, że to swego rodzaju wiedza i poznanie rozumowe. Zatem buddyzm ma też związek z nauką. Dżahanbeglu: Jeśli – jak Wasza Świątobliwość twierdzi – niestosowanie przemocy jest wyrazem zdrowego rozumu i jeśli uznamy, że dzisiejszy świat jest światem przemocy, to czy to oznacza, że nasz świat stracił zdrowy rozum? Dalajlama: Tak! Uważam, że nasz świat stracił zdrowy rozum. Utrata zdrowego rozumu może nastąpić w dwojaki sposób. Zdarza się, że człowiek zupełnie traci rozum i wariuje. Druga sytuacja to taka, że przez dwadzieścia godzin zachowuje się normalnie, a potem na kilka godzin dopada go nienawiść. W takich chwilach w jego sposobie myślenia brak zdrowego rozumu, jako że podstawą zdrowego rozumu jest myślenie racjonalne, a gdy umysł znajduje się w sidłach nienawiści, nie jest w stanie funkcjonować racjonalnie. Dlatego taka osoba jest wtedy szalona. Tego rodzaju szaleństwo jest gorsze od zwyczajnego obłędu. Proszę porównać ze sobą ciężar obu rodzajów pomieszania zmysłów! W pierwszym wypadku dana osoba jest szalona, ale nie ingeruje w nieodpowiednie dla siebie sprawy. W drugim cierpi na nienawiść i zbacza z drogi normalnego myślenia. Taki człowiek jest gorszy, bo może wyrządzić masę nieszczęść. [W pierwszym przypadku] to tak, jakby ktoś ciągle kłamał, ale ponieważ wszyscy wiedzą, że jest kłamcą, to i tak nikt mu nie ufa, stąd jego oszustwa nie czynią szkody. Ale jeśli skłamie osoba prawdomówna i uczciwa, jest to bardzo groźne. Analogicznie do tego człowiek, który przez 24 godziny na dobą jest wariatem, nie przedstawia sobą większego niebezpieczeństwa, ale na ogół bardzo normalnym ludziom zdarza się od czasu do czasu popaść w obłęd – jak na przykład niektórym przywódcom politycznym we współczesnym świecie. Oni są naprawdę niebezpieczni. Dżahanbeglu: Jak zdaniem Waszej Świątobliwości różne religie powinny współpracować ze sobą, by na świecie zapanował pokój? Dalajlama: Pierwszy krok jest taki, że potrzebne nam są kontakty osobiste, międzyludzkie, które są czymś bardzo podstawowym. Musimy usiąść obok siebie, poznać się wzajemnie i zacząć wymieniać osobiste doświadczenia. To stworzy nam okazję do wychwycenia podobieństw. Gwoli przykładu, kiedy byłem małym chłopcem w Lhasie w Tybecie mieszkała pewna liczba muzułmanów. Drobna wspólnota muzułmanów hinduskich, którzy żyli tam od co najmniej czterystu lat. Nie zdarzały się w związku z nimi żadne zatargi. Byli to bardzo spokojni i życzliwi ludzie. Cóż, jeśli mamy sądzić podług tych muzułmanów, można powiedzieć, że hinduscy muzułmanie i muzułmanie z Ladakhu to nadzwyczaj mili ludzie. Ja również dzięki kontaktom osobistym mam w Indiach muzułmańskich przyjaciół. W ubiegłym roku nadarzyła się okazja, bym po raz pierwszy odwiedził Jordanię. Poznałem tam niektórych przywódców muzułmańskich, niezależnie od muzułmańskich akademików, uczonych i studentów. Wszyscy byli bardzo uśmiechnięci (xošru) i odnosili się do mnie przyjaźnie. Moim zdaniem w wypełnianiu obowiązków religijnych takie wartości jak współczucie, modlitwa, hojność są identyczne u muzułmanów i buddystów. Chrześcijanie, muzułmanie i żydzi mają nawet jednego Boga. W chrześcijaństwie istnieją katolicy i protestanci. W islamie zachodzą drobne różnice między szyitami a sunnitami. Podobnie też można dopatrzyć się odrębności między buddystami – nawet między tymi tybetańskimi, na przykład w kolorze czap, choć rzecz to mało ważna. Mimo to ludzie niepiśmienni i niewiedzący przywiązują do niej znaczenie. Analogicznie do tego różnice między muzułmanami, chrześcijanami i hinduistami sprawiają wrażenie istotnych. I właśnie one stają się przyczyną irytacji, i to przez nie zachodnie środki masowego przekazu i niektórzy zachodni uczeni przedstawiają muzułmanów tak, jakby byli oni podobni do terrorystów. Czasem też jakiemuś mieszkańcowi Zachodu rodzi się w głowie pomysł, że między cywilizacją zachodnią a światem islamu dochodzi do zderzenia. W rzeczywistości jednak nie ma tu żadnego zderzenia. Mówiąc o cywilizacji zachodniej, mamy, jak sądzę, na myśli cywilizację nowoczesną. Więcej nowoczesności to więcej techniki. Tak więc społeczeństwo nowoczesne to społeczeństwo uprzemysłowione. Wykształca się zatem nowy model społeczeństwa ludzkiego, ale kraje muzułmańskie i Indie również przeszły tę przemianę. Państwo buddyjskie takie jak Tajlandia także podąża drogą modernizacji. To pewien sposób życia. Nie można na tej podstawie mówić o różnicy między tym, co zachodnie, a tym, co niezachodnie. Ale w dzisiejszym świecie wszędzie tam, gdzie styl życia jest inny, inny jest też sposób myślenia. Mamy zatem do czynienia z różnicą między tym, co nowoczesne, a tym, co nienowoczesne, nie zaś między Zachodem a światem islamu. Co zaś do religii, to w moim przekonaniu islam zalicza się obok chrześcijaństwa i judaizmu do najważniejszych wyznań świata. Zawsze to mówiłem z całą otwartością. Dalej, pojęcie wyłącznej prawdy i jedynej religii ma znaczenie na poziomie jednostki. Dla ilustracji: ja jestem buddystą, więc buddyzm [jest dla mnie] jedyną religią i jedyną prawdą i wydaje mi się wiarą najlepszą, ale nie mogę powiedzieć, by dla mojego chrześcijańskiego przyjaciela również był jedyną prawdą i wiarą. Dla niego jedyną prawdą i religią jest chrześcijaństwo. Obaj musimy pogodzić się z [istnieniem] dwu religii i dwu prawd. Na poziomie społeczeństwa konieczne jest istnienie kilku prawd i kilku religii. Muzułmanie mówią o Bogu – Bogu jedynym i to jak najbardziej właściwe – ale nie mogą narzucić tego całemu świata; wywołałoby to irytację. Jeżeli zapragnę przekonać cały świat o tym, że najlepszą religią jest buddyzm, wywoła to irytację. Do tego będzie to zamierzenie kompletnie nierealistyczne. Zresztą sam Budda też nigdy nie starał się przyciągnąć całego świata do buddyzmu. Niektórzy chrześcijanie usiłowali nawrócić wszystkich ludzi na chrześcijaństwo, podobne starania podejmowali też niektórzy muzułmanie, ale ani jedni, ani drudzy nie osiągnęli celu. W tej kwestii również konieczny jest zdrowy rozum. To prawda, że Chrystus powiedział, iż jego nauki dotrą do najdalszych miejsc, czyli mówił o nawróceniu ludzkości na chrześcijaństwo, tylko że w jego czasach znany świat ograniczał się do niewielkiego obszaru. W tamtej epoce te słowa były realistyczne. Musimy myśleć zdroworozsądkowo. Jeśli więc powiemy, że zamiast jednej religii i jednej prawdy istnieje kilka religii i kilka prawd, to w stwierdzeniu tym nie ma żadnej wewnętrznej sprzeczności. Często posługuję się tu przykładem lekarstwa. Nie można powiedzieć, że jeden jedyny medykament jest panaceum na wszystkie dolegliwości, lecz gdy dopada nas jakaś choroba, dany środek może być dla nas dobry bądź nie. Na ból głowy pomaga jeden lek, na bóle stawów inny, każdy jest przepisywany w zależności od [stanu] chorego i od konkretnej choroby. Dżahanbeglu: Jedną z zasadniczych kwestii, na którą zwracacie uwagę i do której przypisujecie szczególne znaczenie, jest uduchowienie świeckie i rzecz to bardzo ciekawa, że coś takiego pisze osobistość religijna. W jednym z Waszych dzieł przeczytałem, że przyrównaliście do siebie uduchowienie z wiarą i uduchowieniem bez wiary. Jak to możliwe, by ktoś był uduchowiony, a zarazem niereligijny? Dalajlama: Świeckość nie oznacza według mnie bezwyznaniowości. Słowo „świeckość” stosuję w znaczeniu, w jakim zostało ono użyte w konstytucji indyjskiej. W dokumencie tym „sekularyzm” to szacunek dla wszystkich religii, nie odrzucenie religii jako takiej. Tak więc według zasad moralnych o jakie mi chodzi, „sekularyzm” oznacza szanowanie wszystkich tradycji. De facto jednak współczuciu, przebaczaniu i miłości przypisuje się tak wielką wagę w oparciu o zdrowy rozum. Zilustrujmy to na przykładzie miłości. Nasze życie od samego momentu narodzin zaczyna się od miłości. Bez niej nie przeżyjemy. Potrzebujemy miłości matki albo innej osoby w jej zastępstwie, by się nami opiekowała. Noworodek nie jest w stanie samodzielnie utrzymać się przy życiu, jest kompletnie zdany na innych, potrzebuje, by się nim zajmowali. Ale sama troska, płynąca tylko z obowiązku a pozbawiona miłości, nie wystarczy. Potrzebujemy obu tych elementów: zarówno opieki, jak i miłości. Współczesna medycyna stwierdziła, że kontakt fizyczny odgrywa ogromną rolę w rozwoju mózgu. Taki jest więc początek naszego życia. W pierwszych latach opieka innych ma dla naszego dorastania podstawowe znaczenie, w końcu jednak osiągamy dorosłość, czujemy się niezależni i już jej nie potrzebujemy. Potem rodzi się w nas fałszywe wyobrażenie – moim zdaniem w dzieciństwie nasza prawdziwa natura jest bardziej świeża – potem nasza inteligencja i pojętność stają się bardziej złożone, wyobrażamy sobie, że podstawowe wartości są oczywiste, nie czyniąc większych starań pożytkujemy nasze siły w rozmaitych dziedzinach. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie: Gdyby tacy ludzie jak Hitler i Stalin mieli szczęście od chwili narodzin i w dzieciństwie żyć w normalnych warunkach, to czy jako dorośli staliby się takimi tyranami i okrutnikami? Zatem matczyna miłość jest niezmiernie ważna. A ponieważ nasze życie zaczyna się od matczynej miłości i czułości, winniśmy nieść to doświadczenie w pamięci aż do momentu śmierci. Dlatego też miłość w naszej rodzinie, w społeczności nas, istot ludzkich, ma wielkie znaczenie. Moje podstawowe przekonania opierają się na realiach życiowych i na mechanizmach egzystencjalnych. Ludzie, którzy w normalnych warunkach są weseli i w dobrym humorze bez wątpienia cieszą się też lepszym zdrowiem fizycznym. Wyraźnie widać, kto dorastał w rodzinie przepojonej miłością. Dzieci radosne i roześmiane rozwijają się lepiej niż te terroryzowane i bite – one cierpią fizycznie i psychicznie. Wszystkie te korzystne uczucia stanowią podstawę naszego dobrobytu i naszej pomyślności i uważane są za fundament natury ludzkiej, ale nienawiść i zazdrość też czają się gdzieś w naszych mózgach i jeżeli kładzie się nacisk na rozwijanie tylko ich, człowiek traci spokój ducha. Zaczynają dokuczać mu niestrawność, nadciśnienie i inne dolegliwości. Innymi słowy, również z egzystencjalnego punktu widzenia niektóre stany wzburzenia są nader szkodliwe dla naszego zdrowia, podczas gdy inne mogą być dobroczynne. Tak więc można rozróżnić od siebie podniecenie pożądane i niepożądane. Dżahanbeglu: Czy Wasza Świątobliwość nie czuje żadnego gniewu na Chińczyków? Czy Chińczycy są dla Waszego zdrowia dobrzy czy nie? Dalajlama: Uważam że kwestia Chińczyków jest bardzo poważna, ale nie mam w sobie nienawiści. Niekiedy zdarzają mi się jakieś urazy i drobne problemy. Opowiem panu [jedną taką historię]: Jakiś czas temu spotkała się ze mną pewna dziennikarka telewizyjna. Uprzedziłem ją, że jeśli zarzuci mnie błahymi pytaniami, to się wścieknę. Pytała mnie o przyszłość. Wyjaśniłem jej, że w funkcji duchownego buddyjskiego nie myślę o przyszłości, ale na ile się da, będę opierał się w życiu na współpracy. Ale jeżeli zacznę poświęcał za dużo uwagi swojej sławie, to moje pozytywne czyny staną się negatywne i przerodzą się we mnie w bodziec do egoizmu. Dziennikarka powtórzyła to samo pytanie i usłyszała tę samą odpowiedź. Po raz trzeci znów to samo pytanie i wtedy ogarnęła mnie biała gorączka. Tak, w ubiegłym roku spotkałem ją w Nowym Jorku, uśmialiśmy się na wspomnienie tej sceny. Dżahanbeglu: Czy Wasza Świątobliwość sądzi, że ujrzy jeszcze kiedyś Tybet? Dalajlama: Bez wątpienia tak. Na świecie bardzo pozytywnie ocenia się zmiany, zachodzące w Chinach. Chińczycy wykazują większe niż dotąd zainteresowanie buddyzmem tybetańskim i kulturą tybetańską. Lepiej traktują Tybet. Na wysokich szczeblach władzy zwykle dominuje myślenie skrajne i fanatyczne. Teraz, gdy rząd chiński boryka się z problemami w kraju i w swoim społeczeństwie, mam większe nadzieje co do przyszłości Tybetu. Oczywiście nie dążymy do zdobycia niepodległości czy do całkowitego oddzielenia się od Chin i narodu chińskiego. Chcemy osiągnąć akceptowalną dla nas formę autonomii, byśmy mogli chronić naszą kulturę, duchowość i nasze środowisko naturalne. Życie z narodem chińskim daje większe nadzieje na postęp materialny. Dla sześciu milionów Tybetańczyków dokonanie postępu w rozległym kraju będzie niezwykle ciężkim zadaniem. Jeżeli zaś zostaniemy z Chińczykami, będzie to dla nas korzystne z punktu widzenia gospodarczego i nasz kraj lepiej się będzie rozwijał. Takie są podstawy mojego myślenia. Proszę spojrzeć na Unię Europejską – wspólne interesy są ważniejsze od tych partykularnych. Dżahanbeglu: Pełnienie funkcji religijno-duchowej i jednocześnie politycznej musi być bardzo ciężkie? Czy łatwo pogodzić je ze sobą? Dalajlama: Jak dotąd moja działalność polityczna polega na walce o wolność. Rozumiem ją jako wolność wyznania i wolność dla kultury tybetańskiej. Tak więc ten typ polityki, w którą się wdaję, jest częścią mojego programu duchowego. Kiedy polityka zamieni się w partię, nie będę w nią ingerował. W 1996 roku przedstawiłem tę kwestię jasno i wyraźnie, zapowiadając, że po odzyskaniu przez Tybet wolności przekażę tę niewielką władzę, jaką posiadam, innym będę żył jako zwykły obywatel tybetański. W rzeczy samej służbę dla innych uważam za rzecz najważniejszą. Dżahanbeglu: Więc dla Waszej Świątobliwości demokracja to właśnie służba dla innych? Dalajlama: Oczywiście! Owoce demokracji muszą dotrzeć do społeczeństwa, [obejmują również] dobro i godność innych. Od kiedy w 1951 roku zacząłem pełnić te obowiązki, zawsze miałem na uwadze zapewnienie [nam] demokracji. W 1959 roku przybyłem do Indii i od tego czasu moje wysiłki nakierowane są na to, by w Tybecie zapanowała demokracja. Obecnie raz na pięć lat całkowicie demokratycznie wybieramy naszych reprezentantów, zaś funkcja, jaką pełnię, jest już na wpół emerytowana. Dżahanbeglu: Ostatnie pytanie. Wasza Świątobliwość w obliczu wszelkich zdarzeń hojnie obdarza innych swoją łaską, nawet w chwilach cierpienia. Nie wiem, czy istniałaby taka możliwość, byście odwiedzili Iran? Dalajlama: Spotkałem na jakimś posiedzeniu irańską noblistkę panią Szirin Ebadi i wyraziłem pragnienie odwiedzenia Iranu. W moich oczach muzułmanie, hinduiści, buddyści, nawet komuniści, wszyscy jesteśmy ludźmi i fakty są takie, że zamieszkujemy wspólnie jedną planetę. Rzecz jasna myśl, że Ameryka czy Europa to centrum świata, jest wielkim błędem. Muzułmanie ze swej strony też nie są miernikiem całego świata. Trzeba odkrywać tę Ziemię i zaznajamiać się z jej różnorodnymi kulturami. Zawsze bardzo chciałem poznać różne społeczeństwa i różne zakątki naszego globu. Naprawdę uważam, że światowi islamu potrzebny jest większy kontakt ze światem zewnętrznym. Izolacjonizm to przestarzały sposób myślenia. Dla krajów muzułmańskich niezbędny jest kontakt ze światem zewnętrznym, który sprawi, że zostaną odkryte i poznane. Niestety wskutek braku przejrzystości mediów jawią się w negatywnym świetle, a ich dobre cechy pozostają w cieniu. Bez przejrzystości nie zakwitnie solidarność i przyjaźń między narodami. Takie jest moje zdanie. Dżahanbeglu: Jeżeli Wasza Świątobliwość przyjedziecie do Iranu, będą zaszczycony, mogąc Was gościć. Dalajlama: Dam panu przykład. Kilka lat temu odwiedziłem Palestynę. Palestyńczycy powitali mnie i podarowali mi arabskie nakrycie głowy, które też zaraz nałożyłem, po czym wsadzili mnie na osła. W tybetańskiej tradycji dosiadanie osła jest hańbiące. Ale powiedziałem sobie: Jakie to ma znaczenie? Opowiem panu jeszcze jedną historię. W Ladakhu wśród niektórych społeczności muzułmańskich jest tak, że jeśli o jednego z nich otrze się jakiś buddysta, to muzułmanin ten musi odprawić ablucję. Tak więc buddysta uchodzi za osobę nieczystą, bo jest niewierzący. Dlatego buddysta nigdy nie podróżuje razem z muzułmaninem. Ale kiedy składałem wizytę w Palestynie, Palestyńczycy zaprosili mnie na obiad, ja zaś z największą radością przyjąłem to zaproszenie i spożywałem z nimi jedzenie, a jakie pyszne było! To ważne, nawet bardzo ważne. Mówimy, że wszyscy ludzie mają usta i brzuch. Takie podejście ma szczególne znaczenie i winniśmy mieć na uwadze fakt, że na kuli ziemskiej żyje ponad sześć miliardów istot ludzkich i jesteśmy zmuszeni wspólnie planować naszą przyszłość.
|
Irak
czesc jestem Polka mieszkam na stale ...
Seks w islamie
link:http://www.officialcapitalsjers...
IX Dni Arabskie w Ło...
Ciekawe spotkanie rowniez w Warszawie...
Tawakkul Karman - pi...
Ciekawe spotkanie - cd - W Warszawie ...
Tawakkul Karman - pi...
Ciekawe spotkanie o rewolucji arabski...