|
Irańskie spostrzeżenia pana Henia - Kaszan cz. III |
|
|
Sohrab
|
|
niedziela, 19/02/2006 |
 Już po raz ostatni zapraszamy do zwiedzania Kaszanu razem z sympatycznym panem Heniem. Sam pan Henio oczywiście z ARABII.pl nie znika - będzie się jeszcze nie raz pojawiał, opisując inne irańskie miasta.
Dalej na południe rozciąga się obszar z główną atrakcją Kaszanu – XIX-wiecznymi rezydencjami, tradycyjnymi domami miejscowych notabli i zamożnych kupców. To wyjątkowe w Iranie miejsce zahaczają niekiedy w dzikim pędzie autokarowi turyści, zwiedzając zazwyczaj jedną, czy dwie z czterech odnowionych rezydencji. Trzeba mieć prawdziwego pecha, żeby się na nich natknąć. Normalnie domy świecą pustkami, znudzona obsługa miała jedynie siłę oderwać kolejny bilet z bloczku i wskazać wejście. W środku byliśmy pozostawieni samym sobie, można wejść w każdą szparę, każdy zakamarek, odpoczywać w cieniu ogrodów lub buszować po przestronnych salach. Rezydencje mają podobne ułożenie pomieszczeń – w centrum znajdował się przestronny dziedziniec z basenem i fontanną otoczoną przez charakterystyczny dla Persów czworoboczny ogród. Wokół niego skupiał się zazwyczaj letni dom z eleganckim portalem wejściowym i chłodniejszymi pokojami poniżej poziomu gruntu. W innych częściach rezydencji kryły się jeszcze jeden lub dwa dodatkowe mniejsze dziedzińce – pomieszczenia wokół jednego pełniły rolę domu zimowego, a dokoła drugiego projektowano pokoje dla kobiet, tworząc z tej części domu swoisty harem. Wnętrza oraz dziedzińce bogato dekorowano malowidłami, rzeźbieniami, czy ceramiczną mozaiką. Wszystkie rezydencje sprawiają wrażenie labiryntów, z setkami przejść, drzwi i pomieszczeń położonych na wielu piętrach. Chane-je Borudżerdi słynny jest ze swych badgirów, „wież wiatrów”, specjalnego systemu wentylacyjnego stosowanego w perskich pustynnych miastach. Rezydencja kupca Borudżerdiego ma aż cztery wysokie wieże wystające ponad dachy okolicznych budynków. Ich szczyty zasklepiono z trzech stron pozostawiając otwartą jedynie przestrzeń od strony wiejącego wiatru. Chłodne powietrze przepływało przez „komin” badgira aż do położonych na najniższych poziomach pomieszczeń – w ten sposób nie zdążyło się ogrzać i zapewniało upragniony chłód mieszkańcom w upalne dni. Fascynującą konstrukcją jest zwłaszcza kopuła letniego domu zwieńczona ażurowym kioskiem i posiadająca nisze badgirów wychodzące na osiem różnych stron. Dla tego widoku warto się wdrapać na dach... Chane-je Tabatabai to dawna rezydencja jednego z bogatszych handlarzy dywanami. Jej wizytówką są fantazyjne stiukowe zdobienia ścian i wykonywane w kamieniu kwiatowe reliefy. Dom ma 40 pokoi i nieco ponad 200 drzwi – życie także toczyło się tu wokół trzech dziedzińców, jednak ich rola była odmienna. Największą reprezentacyjną część zewnętrzną przeznaczono dla gości, nieco skromniejsza wewnętrzna służyła domownikom, najskromniejsza zaś przypadła służbie. Dziś główny dziedziniec rezydencji Tabatabaiego zajmują drewniane tachty – siedziska, na których wieczorami rozkłada się dywany, a całe miejsce przemienia w bajkową i dość drogą restaurację. Warto tu jednak wpaść choćby na czajniczek herbaty. Chane-je Abbasin przypomina barokowy labirynt. Przesadne niekiedy reliefowe zdobienia sąsiadują z przepięknymi kolorowymi witrażami i skrzącymi się na ścianach szkiełkami. Mieści się tu niby tylko sześć budynków, ale położone są na różnych poziomach, z dziesiątkami schodów. Co chwila otwierały się przed nami nowe dziedzińce, portyki, a im wyżej, tym było ich więcej. Dopiero z dachu można dostrzec całą złożoność architektury tej rezydencji – na pewno zachwyciły się nią irańskie dzieciaki, które urządziły podczas naszej wizyty zabawę w chowanego. Ja także przez dłuższy czas szukałem Mirka, który zginął mi z oczu na jednym z poziomów. Piękny to dom, ale nie chciałbym tu gospodarzyć. Ostatniego Chane-je Ameriha należącego niegdyś do kadżarskiego gubernatora Kaszanu nie zdołaliśmy obejrzeć, a szkoda. Kryje podobno dwie piękne łaźnie, ale otwierany jest w dość regularnych odstępach co dwa, trzy miesiące – tym razem nie mieliśmy szczęścia, zamknęli go trzy dni przed naszym przyjazdem... Głodni widoku tradycyjnej perskiej łaźni ruszyliśmy w stronę położonego tuż obok rezydencji Borudżerdiego Hammamu sułtana Mir Ahmada. Ta wspaniała XIX-wieczna łaźnia zachowała wszystkie reliefowe zdobienia, ścienne malowidła i mozaiki ułożone z emaliowanych cegieł. Przyjemny chłód choć na chwile pozwolił zapomnieć o upalnym i suchym powietrzu Kaszanu. Sufit łaźni przypominał promieniejące gwiazdy, których centrum stanowiły okrągłe świetliki. Sączyło się z nich delikatne światło i odbijało w tafli baseniku-fontanny, w którym pływały... arbuzy. Łaźnia przestała już bowiem pełnić swą funkcję – dziś jest tu elegancka restauracjo-herbaciarnia. Mieszkańcy Kaszanu są przedsiębiorczy – jeśli nie chcemy nic zjeść musimy zapłacić za samą możliwość obejrzenia hammamu, jeśli skusimy się na posiłek darują nam opłatę za wstęp, ale dobije nas rachunek. To był najdroższy obiad podczas całej naszej podróży i wart był każdego wydanego riala. I nie miało to nic wspólnego z trzema sympatycznymi Irankami, które przysiadły się do naszej tachty, aby nieco pogawędzić. Po dość długiej sjeście przeszliśmy kawałek do ostatniego punktu wędrówki po Kaszanie. Nieopodal zachował się bowiem fragment starych, najpewniej XVII-wiecznych murów miejskich. Wysokie dziś na jakieś 15 metrów nie robią już tak kolosalnego wrażenia, jakie wywrzeć miały na szturmujących Kaszan Arabach. Oprócz poddających się erozji glinianych murów, ostały się resztki kilku baszt, a kawałek dalej zupełnie zrujnowany, duży moajedi, „dom lodowy”. Napiszę o nich innym razem – ten był w opłakanym stanie, a jego zagracone wnętrze służyło miejscowym za śmietnik i toaletę. Czy warto tu w ogóle zaglądać? Tylko wieczorem. Wzdłuż murów ciągną się bowiem sympatyczne ogrody oświetlane ulicznymi lampami – znów jest cicho i spokojnie, tak jakby w Kaszanie w ogóle nie mogło być inaczej. Idąc wśród zieleni warto wpaść jeszcze na herbatę do rezydencji Tabatabaiego – tak zakończony dzień nie może być nieudany. A jeśli na deser uda się wam odnaleźć stojący opadal Emamzade-je sułtana Mir Ahmada ozdobiony perskim słonecznym lwem i oświetlony bajecznymi, kiczowatymi, kolorowymi żarówkami to możecie być już tylko wniebowzięci.
|
|
Irak
czesc jestem Polka mieszkam na stale ...
Seks w islamie
link:http://www.officialcapitalsjers...
IX Dni Arabskie w Ło...
Ciekawe spotkanie rowniez w Warszawie...
Tawakkul Karman - pi...
Ciekawe spotkanie - cd - W Warszawie ...
Tawakkul Karman - pi...
Ciekawe spotkanie o rewolucji arabski...