Wbrew temu, co sugeruje tytuł książki, Mahi Binebine, francuskojęzyczny pisarz marokański nie opowiada krwawej historii o kanibalach żywiących się ludzkim mięsem. Tytułowi ludożercy to symbol wyrzeczeń i cierpień, jakie są w stanie znieść nielegalni imigranci z Afryki Północnej, aby spełnić swoje marzenie i dostać się do Europy. Koszmar senny, co noc nawiedzający pomywacza Momo, o właścicielu restauracji, który pożera go kawałeczek po kawałeczku posiada drugie dno: Momo jest gotów znieść wszelkie upokorzenia, poświęcić wszystko, w co wierzy, wszystko, co ma dla niego wartość, aby przedłużyć swój nielegalny pobyt w Paryżu i zaznać odrobiny luksusu.
W końcu sam stwierdzi, że to właśnie sen go zgubił: Momo ostatecznie zostaje wydalony z Francji.
A jednak koszmar prześladujący Momo nie odstrasza grupy Marokańczyków, Malijczyków i Algierczyków, którzy przez całą noc koczują na tangerskim brzegu, czekając na sygnał rybackiego trawlera, który zabierze ich do hiszpańskiego Algeciras – do bram Raju. Cała akcja rozgrywa się na owej plaży. Kolejno poznajemy historie uciekinierów: Nuary, która z dzieckiem na ręku, wyrusza na poszukiwanie zaginionego we Francji męża, Kasima Dżudiego, Algierczyka, którego rodzina zginęła z rąk algierskich siepaczy, Pafadnama, który jedzie do Europy za chlebem, Jusufa, który stracił rodzinę po tym, jak jego ojciec uraczył ją chlebem pieczonym z kradzionej mąki wymieszanej z trutką na szczury, wreszcie głównego bohatera Azzuza, który z kuzynem Ridą wyruszają szukać w Europie lepszego życia.
Inspiracje wielką francuską powieścią realistyczną są aż nazbyt widoczne. Azzuz, niczym Balzakowski Rastignac, jest idealistą, wszelkimi środkami dążącym do awansu społecznego. Zdolny i skory do nauki, dzięki wstawiennictwu rumuńskiego nauczyciela, dostaje się pod opiekę francuskich zakonnic, prowadzących szkółkę haftu, które zachwycone jego postępami pomagają mu dostać się do liceum, rozpościerając przed nim wizję studiów i życia we Francji. Wraz ze śmiercią jednej z nich – siostry Benedykty – i planami przejęcia szkółki przez marokańską administrację, pryskają też marzenia Azzuza. Bez mentorki nic nie zdziała. Bez jej wstawiennictwa nie otrzyma upragnionego paszportu. Pozostaje jedynie nielegalna przeprawa do Hiszpanii. Azzuz wciąż wierzy w lepsze życie i wytrwale walczy.
Mahi Binebine pokazuje wstrząsający kontrast między Europą, którą symbolizują odurzeni narkotykami hippisi z poplamionymi i sponiewieranymi paszportami, a Afryką, której mieszkańcy darzą paszport tak nabożnym kultem, że daliby sobie zaszyć go na piersi. Legalna możliwość wyjazdu z Maroka dla naszych bohaterów to niewyobrażalne dobro i niemożliwy do spełnienia wymóg. Przy życiu utrzymuje ich marzenie, że gdy uda się przekroczyć Cieśninę Gibraltarską – o ile się uda – wszystko dalej się ułoży się już dobrze. Wbrew pozorom zbytnio nie idealizują Europy, jednak nawet bez upiększeń wydaje im się ona namiastką Raju. Praca pomywacza w barze, robotnika w fabryce, każde zatrudnienie pomoże zaznać tego Raju. Dzieli ich od niego tylko jedna przeszkoda – morze. I w końcu właśnie ono – prawdziwy ludożerca – pochłonie część z nich.
Azzuz i Rida przeżyją, ale nie skorzystają z nauki, jakiej udziela morze. Nadzieja i marzenia o lepszym świecie, o ucieczce od biedy, beznadziei i marazmu marokańskiej codzienności są silniejsze. Spróbują znowu.
***
Tłumaczenie: Grażyna Majcher
Warszawa 2002, wyd. I, s. 140, 145x 205 mm
W ramach serii „Literatura frankofońska” ukazały się także: „
Owieczki Pana” Yasminy Khadry i „
Tarbusz” Roberta Sole’a.
Obraz Jezusa w Koran...
świetna, warto
Typowy Arab - Jaki j...
*** - Znam ( swoja byłą nauczycielkę ...
Typowy Arab - Jaki j...
Typowy Arab - Jaki j...
;( - Gdyby było tak w Chrześcijaństwi...
Typowy Arab - Jaki j...
Araby faceci - Araby faceci chodzą co...